W tym rozdziale znajdziecie nową postać. Nawet nie jestem w stanie jej opisać dokładnie, gdyż w książce Stephenie nie zagłębiała się w nią. Powiem jedynie - coś dla fanów wilkołaków i całej watahy Sama Uley'a.
Amelia wyjedzie z Forks na weekend. Niby zwykły odpoczynek, ale dziać się będzie... Czy nowo poznana osoba będzie należeć do dobrych, czy złych? Czy relacje Amelii do któregokolwiek z wybranków serca zmienią się? Czy może zostanie odepchnięta...?
Wszystkiego dowiecie się w tym rozdziale. Zapraszam i życzę miłej lektury ;)
Wolno otworzyłam swe ociężałe powieki. Byłam śpiąca. Nic nie zaprzątało mi głowy. Jedyną rzeczą, której teraz pragnęłam, to spać dalej i nie martwić się o nic. Znów przymknęłam oczy i wtuliłam polik w poduszkę. Wtedy poczułam coś, jakby ból w gardle. Dopiero teraz zaczęły mi nachodzić obrazy z wczorajszego zdarzenia. W głowie myśli kręciły się jedynie wokół Jacoba. Jacoba Blacka, którego moje serce polubiło bardziej, niż mogłam się tego spodziewać. Kiedy doszło do mnie, co się tak na prawdę stało tamtego wieczoru, otworzyłam szeroko oczy i zerwałam się ze szpitalnego łóżka jak poparzona, siadając gwałtownie na nim. Jeśli dobrze pamiętam, obiecał, że zostanie do rana i wszystko wytłumaczy! Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym było mi dane spędzić noc, w poszukiwaniu przyjaciela.
- Jacob? - Szepnęłam cicho, nie mogąc wydobyć głosu. Zastygł w ściśniętym gardle i najwyraźniej nie w jego planie było nawoływanie ciemnoskórego chłopaka. Odchrząknęłam kilka razy kładąc przy tym dłoń na piersi.
- Jacob? - Powtórzyłam nieco głośniej.
Nikt nie odpowiadał na moje wołanie. Zupełna cisza. Cisza, przerwana przez szum, przedzierający się przez otwarte na oścież okno. Chłodny wiatr uniósł lekko kosmyki moich włosów, oplatając rozpaloną szyję. Odwróciłam głowę w stronę okna i przymrużyłam oczy. Szpitalne firanki wywiewały raz do środka pomieszczenia, a raz na zewnątrz. Okienko było niewielkie, ale na tyle duże, by ktoś mógł przez nie przejść. I zapewne w ten sposób zniknął mój towarzysz. Westchnęłam cicho i delikatnie poczęłam odrywać te wszystkie rurki i plastry, które miałam poprzyklejane do skóry. Przyjrzałam się dokładnie swemu ciału. *Muszę się wykąpać...* - Pomyślałam. W tej samej chwili moją uwagę przykuła mała ranka na lewej dłoni od spodu. Nie pamiętam żebym doznała takich obrażeń. Przysunęłam dłoń bliżej oczu. Zmarszczyłam brwi. Dotknęłam palcem dłoni i w tej samej sekundzie przypomniało mi się jak też trafiłam do szpitala. Już wiem! To wtedy, kiedy ktoś uderzył mnie w głowę, musiałam drasnąć dłonią o wystające kawałki drewna z framugi. Pokręciłam kilka razy głową, by dojść do siebie. Wstałam o własnych siłach, lekko się przy tym chwiejąc, ale po kilku sekundach złapałam równowagę. Spojrzałam na okno i podążyłam w jego stronę. Delikatnie wychyliłam głowę, by zobaczyć jak jest wysoko. Hm. To pomieszczenie najwyraźniej znajdowało się na parterze, bo od końca framugi do ziemi dzieliły je metry. Zauważyłam coś, jakby ślady. Może, gdybym poszła za nimi, to dogoniłabym jeszcze młodego Blacka? Uniosłam się na rękach i wychyliłam po pas.
- Co Ty wyprawiasz? - krzyknął ktoś od wejścia. Wzdrygnęłam się, bo pierwsze co mi przyszło na myśl, to Jacob. Posłusznie wróciłam do pomieszczenia. Szybkim krokiem podszedł do mnie młody lekarz. Obejrzał mnie całą i skarcił ostrym spojrzeniem. Wzruszyłam ramionami.
- Jeśli chcesz, to dzisiaj Cię wypiszemy. Dobrze się już czujesz? - nagle stał się bardzo miły.
- Lepiej... - Odparłam nadal z chrypką w głosie, która wróciła, jakby przywiana przez wiatr. Kiedy lekarz wyszedł, ja zaczęłam przebierać się w moje ubrania. Gdy ogarnęłam się już całkowicie, wyszłam z sali w której leżałam i udałam się do recepcji. W czasie drogi nie patrzyłam gdzie dokładnie idę, tylko poprawiałam ubranie w miejscach gdzie jeszcze źle układał się materiał. I wtedy właśnie jak zwykle pech mnie dosięgnął. Odbiłam się gwałtownie od kogoś, ale nie na tyle mocno by upaść. Otworzyłam wcześniej zaciśnięte oczy i ujrzałam młodą blond dziewczynę. Wyraz jej twarzy mówił sam za siebie, że wcale jej się to nie spodobało. Zmarszczone czoło i zmrużone oczy nie wskazywały nic dobrego. Szczękę miała kurczowo zaciśniętą, a usta dygotały ze złości.
- Prze...przepraszam. - Wykrztusiłam. Chociaż szczerze, wolałabym się znaleźć teraz daleko gdzieś i nie musieć podejmować rozmowy, a tym bardziej przepraszać. Ze strachem obserwowałam jej poczynania i dopiero teraz mogłam przyjrzeć się jej osobie dokładnie. Doszło do mnie, że owa dziewczyna jest kropla w krople podobna do Pauline. Najwidoczniej to musiała być jej siostra bliźniaczka. Ta, która była tak niemiła dla mnie. Jednakże coś różniło ją od niej. Niby były bliźniaczkami, ale ta była znacznie ładniejsza. Może to przez te niewielkie sine zakola pod oczami? Jej włosy błyszczały bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, a bladą skórę rozświetlał niewielki rumieniec. Pachniała bardzo podobnie do Jaspera.
- Jesteś... siostrą Pauline, tak? - Dodałam po chwili, lekko się uśmiechając. Dziewczyna zmarszczyła bardziej brwi i rozejrzała się po korytarzu. Nikogo nie było. Zupełnie pusto. W jednym momencie złapała silnie moje gardło w dłoń i przycisnęła do ściany.
- Zgiń... - Syknęła przez zaciśnięte zęby i zbliżyła twarz do mojej szyi. Serce zabiło mocniej. *Znowu?* - Pomyślałam. Ale mam chyba więcej szczęścia niż rozumu, bo jak mogłam nie zauważyć takiego podobieństwa do idealnej postury wampira. A szczęście? - ktoś z recepcji wyszedł na korytarz. Oczywiście nie patrzył w naszą stronę, ale to i tak powstrzymało młodą wampirzycę przed ugryzieniem mnie. Upadłam na podłogę, a gdy tylko podniosłam wzrok, jej już nie było. Pielęgniarka, bo to właśnie ona wyszła, spojrzała w moją stronę, gdy tylko usłyszała jak runęłam w dół. Podbiegła do mnie i z troską w oczach zaczęła się dopytywać czy nic mi nie jest. Chcąc jak najszybciej stąd wyjść upewniałam ją, że nic mi się nie stało.
Dzień szpitali, upokorzeń i złych wampirów dobiegł końca. Ja znalazłam się szczęśliwie w domu w ramionach Inez - mojej matki. Tydzień szkoły również dobiegł końca w zaskakująco szybkim tempie. Ale nie to było najgorsze, tylko...
- Coooo? Do laasuuuu? - Wydałam z siebie jęk zawodu.
- Tak moja panno. Do lasu. Nie będziesz cały weekend siedzieć w domu...
- Ale mamo, bez przesady. Jest tyle miejsc, a Ty akurat do lasu chcesz jechać?
- Już wykupiłam domek u leśnika. - Uśmiechnęła się chytrze i dumnie uniosła brodę do góry. Najwyraźniej czuła, że w tej chwili ma nade mną przewagę. Może i mogłam się kłócić, ale faktycznie. Sprzeciwiać się nie miałam co.
- Cały weekend spędzimy w lesie.
- Yh! - Podniosłam ręce i napięłam mięśnie ukazując pazury ze złością - Nie przypominaj! - Zakryłam uszy i ruszyłam do pokoju. Za plecami słyszałam władczy śmiech Inez, która najwidoczniej starała się mnie zdenerwować. Też sobie cel znalazła.
Nazajutrz rano obudziło mnie przenikliwe światło porannego słońca. Wygramoliłam się z łóżka, choć nie przemawiało do mnie dzisiejsze nowe miejsce zamieszkania. Usiadłam na jego skraju i głośno ziewnęłam. Mogłam się przed tym powstrzymać, bo z dołu usłyszałam żenujące krzyki, że mam się pakować. Tak, tak. Trudno byłoby zapomnieć. Przetarłam oczy i podeszłam do lustra. Przyjrzałam się swojemu odbiciu po czym związałam włosy. *Jak bardzo widoczny jest ten ślad po kłach Jaspera...* - Dotknęłam delikatnie blizny i zaraz rozpuściłam wcześniej związane włosy w kitkę. Podeszłam do szafy i głośno westchnęłam. Nie cierpię wybierać. Najchętniej zabrałabym wszystko, ale kto w tym lesie będzie mnie widział? Otworzyłam ją i wyrzuciłam na łóżko dwie pary jeansów, ciemno-zieloną bluzę z kapturem i szarą bluzkę na ramiączkach. Chwyciłam za torbę, która miała swe odwiecznie miejsce w najgłębszym zakamarku szafy i trzasnęłam drzwiczkami. Spakowałam się, ubrałam i zeszłam z torbą na dół.
- Zjedz coś. - Z kuchni wyłoniła się głowa Inez, która gestem przywoływała mnie do siebie. Podążyłam do pomieszczenia, w którym Inez miała okazję przesiadywać tylko kiedy miała wolne. Usiadłam do stołu. Ona już dawno zjadła, więc krzątała się po tej kuchni pakując jedzenie.
- Jeśli nam zabraknie, wyślę Cię na polowanie - Uśmiechnęła się wkładając puszkę z groszkiem do torby.
- Ha.. ha.. ha.. - odparłam bez entuzjazmu biorąc gryza chleba.
- Chodź, chodź! Nie ma czasu! - Kobieta wzięła torbę pod pachę i pociągnęła mnie za nadgarstek wybiegając z kuchni.
- Zaraz! - krzyknęłam i wróciłam się po śniadanie. Wyszłam za nią z domu. Ta pospiesznie pakowała walizki do bagażnika. Przyglądałam się jej poczynaniom, czekając na kolej mojej torby.
- Mamo? Dlaczego tak się spieszysz? - zapytałam zażenowana.
- Mamy czas do dziesiątej, aby odebrać kluczyk od leśniczego. - Wywróciłam oczami i wsiadłam do samochodu.
***
Zdążyłam poznać już bardzo miłego leśniczego, który jak na moje oko polubił Inez. To nie był zwykły leśniczy. Różnił się od nas ciemniejszą karnacją i długimi, czarnymi włosami. Jego rysy wskazywały, że nie jest stąd. Dowiedziałam się również, że domek zostawia pod naszą opieką, kiedy on sam wraca do domu na plaży. Weszłam do chatki i rozejrzałam się. Ohyda. Pełno pajęczyn i pleśni. Aż ciarki po plecach przeszły. Położyłam torbę na łóżku i...
- Kochanie, chodź się przywitaj! - *Z kim znowu...* - Pomyślałam. Przewróciłam oczami i wyszłam na zewnątrz. Przy starszym mężczyźnie pojawił się ktoś nowy. Młody. Przystojny. Ciemny? Gorący...? Tyle do mnie dotarło kiedy zaczął się zbliżać, podając dłoń.
- Hej. - Uśmiechnął się miło, a następnie wyszczerzył rządek białych zębów mocno kontrastujący z jego ciemną karnacją i kruczoczarnymi włosami. Najwidoczniej rozbawiła go moja mina. Przełknęłam ślinę.
- To właśnie mój syn. - Uśmiechnął się leśniczy i sam ukazał rząd śnieżnobiałych zębów.
- H.. Hej - Wymusiłam lekki uśmiech. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że dłoń, która ściska moją jest niewiarygodnie gorąca. Spuściłam głowę kierując wzrok na nasz 'uścisk'. Otworzyłam lekko usta i starałam przypomnieć sobie, skąd znam to uczucie. Jednak, kiedy chłopak zauważył to, od razu jednym ruchem zabrał dłoń, a jego mina zrzedła. Stałam jak wryta. Chłopak podszedł do ojca i szepnął mu coś na ucho. Starszy mężczyzna przytaknął, a wtem jego syn rozpędził się i zniknął gdzieś w głębi lasu.
- No więc, do zobaczenia w poniedziałek - uśmiechnął się i odszedł. Obie z Inez weszłyśmy do środka. Ja usiadłam na swoim łóżku i zatopiłam się w myślach. Sprzed wybudzenia się w szpitalu niewiele pamiętałam. Mama zaczęła rozpakowywać torby i nagle z zadumy wyrwał mnie jej głos.
- Miły jest Hank, co nie? - uniosłam głowę, a moim oczom ukazała się rozpromieniona twarz kobiety.
- Kto?
- Hank. Ten Indianin.
- Indianin? - Nadal nie wszystko do mnie docierało. Nie wróciłam jeszcze do rzeczywistości.
- Oj. Leśniczy.
- Aaaa! Lubisz go, co? - Już nie mogłam wytrzymać, musiałam zapytać.
- Powiedziałam. Miły jest i tyle. - Zrobiła obrażoną minę i wróciła do rozpakowywania. A ja? A ja znów się zamyśliłam i nieobecnym wzrokiem śledziłam Inez. Zaraz... *INDIANIN!* - w głowie pełnej różnorodnych myśli rozbrzmiał jeden wyraz. Wstałam z łóżka i ruszyłam do wyjścia.
- Wychodzisz?
- Co? A, tak.. Niedługo będę. - Teraz nie myślałam o niczym innym, jak o plemieniu Quileute, o którym właśnie sobie przypomniałam.
- Ubierz się. - Kobieta rzuciła moją bluzę i zniknęła w kuchni. Ja wybiegłam z domu. Robiło się już ciemno, ale to nic. Jakoś wrócę. Nałożyłam ciuch i włożyłam ręce do kieszeni. Ze spuszczoną głową poczęłam kierować kroki na północ od chatki. Zatopiłam się w głębokim morzu myśli powiązanych tylko i wyłącznie z plemieniem Quileute. Chociaż tak na prawdę nie wiedziałam o nich nic, oprócz nazwy.
Kiedy doszłam już dość daleko, przycupnęłam przy jakimś drzewie. Wbiłam wzrok w sznurówki i dalej myślałam.
- Amelio... - Usłyszałam znajomy głos. Podniosłam wzrok i ku mojemu zdziwieniu ujrzałam…
- Jasper? Co Ty tu... - Zaczęłam sie rozglądać. Było już bardzo ciemno. Nic nie było widoczne dla moich ludzkich oczu. Tylko on. Blond chłopak, który przeszywał mnie tępym spojrzeniem.
- Ty i ten pies... to żart? - Ja i... pies? Słucham? O co chodzi...?
- Że co?
- Ty i Jacob?
- Aaa... Jaki znowu pies? - Zaśmiałam się, kiedy wszystko do mnie dotarło.
- Odpowiedz mi.
- Ale co? - Pokręciłam głową z uśmiechem
- Tak myślałem. Nie chcesz o tym mówić, co? Zawiodłem się... Amelio. - Otworzyłam szerzej oczy. Co on wygaduje? Co ja znowu zrobiłam? O czym nie mam pojęcia?
- Przecież Jacob, to tylko przyjaciel…
- Przyjaciel... - Blond chłopak zmrużył oczy i wstał pomagając wstać również i mnie.
- Co Ty... - Nie zdążyłam dokończyć, kiedy Jasper mocno przytulił mnie do siebie i zniknął. Stałam jak kołek z szeroko otwartymi oczami. Gdyby nie fakt, że to środek lasu, to można byłoby mnie pomylić ze śmieszną latarnią morską, której światło ugrzęzło w jednym punkcie. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał Jasper. Wampir, na którym jak do tej pory zależało mi najbardziej. Wściekłam się nie na niego, lecz na siebie. Na jego oczach zrobiłam coś, czego zupełnie nie pamiętam. Zacisnęłam zęby i starałam się powstrzymać łzy. Nie miałam ochoty wracać do domu. Inez na pewno domyśliłaby się, że coś jest nie tak. Nie myśląc dłużej nad tym, ruszyłam głębiej w las. Trafiłam na jakąś ścieżkę, która prowadziła w głąb czarnej ściany. Przygryzłam wargę i ruszyłam jej trasą. Po kilku minutach coś zaszeleściło w leśnej ściółce między drzewami. Zignorowałam dźwięk. Teraz miałam wszystko głęboko gdzieś. Kroczyłam twardo dalej. I znów to samo. Szelest liści, który wskazywał na to, że to coś zbliża się do mnie. Wolno i z rozwagą. Jednakże tym razem z boku. Serce zabiło mi mocniej. Stanęłam na moment i rozejrzałam się. Nic jednak nie było widać. Skoro tak, szłam dalej, ale dźwięk powtórzył się, gdzieś z naprzeciwka, bardzo blisko. Stanęłam, a po ciele przeszedł mi dreszcz. Strach. Ten głupi strach, który sparaliżował mnie nie pozwalał ruszyć się dalej. Szelest ustąpił głośnemu charknięciu. Z przeciwka wyskoczyło zwierzę. Rzuciło się dzikim pędem na mnie, głośno warcząc przy tym. Serce na moment zamarło. Nie wiedziałam co robić. Uciekać? I jak mam się mierzyć szybkością z dzikim wilkiem? Był już bardzo blisko. To pewne, chciał mnie rozszarpać na kawałki. Przełknęłam ślinę i czekałam na śmierć. Dzieliły nas zaledwie metry. W pewnym momencie wyskoczyło coś zza moich pleców. Wysoko nade mną minął mnie drugi wilk, rzucając się na tamtego z dzikim jazgotem. Poczułam jakby ulgę. Może to nienormalne, będąc pod ostrzałem teraz dwóch dzikich zwierząt, ale to nic. Nogi i tak miałam jak z waty, więc z ucieczki nici. Upadłam bezwładnie na kolana przyglądając się walce wilków. Po chwili spostrzegłam, że oba drapieżniki zniknęły na prawo za drzewami. Ostatkiem sił podążyłam ich śladami. Ukryłam się za jednym z drzew nie chcąc zostać potencjalną ofiarą. Jednak to, że nie zostałam pożarta, a uratowana nie było zaskakujące w przeciwieństwie do tego, co teraz się stało. Jeden z wilków, jak gdyby po dotknięciu magicznej różdżki zmienił się w człowieka. Ciemnoskórego Indianina - teraz prędzej ich rozpoznawałam. Jego twarz nie była mi znajoma. Jednak stało się, nie dałam rady. Cicho pisnęłam z przerażenia. Szybko jednak zakryłam usta dłonią. Ale to na nic się nie zdało. Wzrok obu wbił się niczym lotki w moje ciało. Zauważyłam, że chłopak jest nagi. Zamknęłam oczy. Gdy już je otworzyłam jego nie było. Zniknął. Rozpłynął się. Został sam wilk, przyglądający mi się z uwagą i dyszący po przegranej walce. Chwilę później wrócił tamten. Ubrany, na całe szczęście. Tylko, że co on robi. Pochylił się nad przeciwnikiem i położył dłoń na jego karku.
- Co Ty wyprawiasz? - Zaczął mówić spokojnym głosem. Jak gdyby nigdy nic. Jakby zapomniał, że ja tu jestem i nie miał nic do ukrycia w tej sprawie. W pewnym momencie wskazał ręką na mnie.
- Nie pamiętasz już jej? - Zdziwiłam się dosyć takiemu pytaniu. Skąd wilk miałby mnie pamiętać, skoro nigdy wcześniej nie miałam z żadnym do czynienia. Ano tak. Najwidoczniej to też człowiek. Stop. Człowiek? Ja jakoś nie potrafię przemieniać się w wilka. Postanowiłam, że podejdę bliżej. Z rozwagą, wolno stawiałam kroki ku młodemu chłopakowi i bestii, która przyglądała się mnie mrucząc coś po swojemu.
- Idź tam. - Wskazał palcem miejsce, w które najwyraźniej wilk miał się udać. Ciemnoskóry chłopak wstał i odwrócił się w moją stronę.
- Co Ty robisz nocą w środku lasu? - Zwrócił się do mnie z cierpliwym wyrazem twarzy i spokojnym tonem.
- Miałam… małe problemy. Przepraszam, że sprawiłam taki kłopot. - Spuściłam wzrok na dół. - Proszę, dałoby się jakoś to wytłumaczyć? - Starałam się, by pytanie brzmiało jak najbardziej naturalnie.
- Jacob mówił, że wiesz. - Indianin wyraźnie wzdrygnął się.
- Jacob... - Powtórzyłam. - Po obudzeniu się w szpitalu nic nie pamiętałam, ale... - Zaczęłam powoli coś kojarzyć. Przedstawienie... Jacob... Walka... - Wilkołaki... - Ostatnią myśl wypowiedziałam na głos.
- Właśnie. - Uśmiechnął się mimowolnie.
- A tamten? - Kiwnęłam głową w stronę, gdzie przed momentem zniknął wilk.
- Jeszcze nie wiem o co chodziło. Dlatego zaraz wrócę. - Chłopak minął mnie kierując się w stronę, którą przed chwilą wskazałam.
- Czekaj. A jak masz na imię? - Zatrzymał się na moment i zerknął przez ramię.
- Nie potrzebne ci to, ale... - odwrócił się i podał dłoń. - Jestem Sam Uley - jego skóra była równie ciepła co skóra Jacoba, czy Paula. Odszedł. Mam czekać? Powiedział 'Zaraz wrócę', a więc chyba tak. Usiadłam na ziemi i starałam się zebrać myśli w całość. Wtedy coś do mnie dotarło. *Jeśli Paul ma równie ciepłe dłonie, to też jest wilkołakiem? A może to zwykły zbieg okoliczności. Jednakże był tak podobny do nich, że...* - Nie zdążyłam do końca ustalić wszystkich wniosków, bo zza drzewa wyłonił się Sam.
- Posłuchaj. Wilk, który Cię zaatakował miał właśnie wartę. W lesie znajdują się wampiry, tyle wiem. Ja zostać z tobą nie mogę. Pójdę po resztę watahy i zapoluję, a Ciebie w tym czasie zostawiam pod opieką tego, z którym przed chwilą walczyłem. - Kiedy skończył, zniknął w mroku. Szkoda tylko, że nie mam pojęcia o czym on mówił. Odprowadziłam go wzrokiem i czekałam na mojego 'obrońcę', który teoretycznie był moim obrońcą, bo praktycznie nie nazwałabym nikogo tak, kto skory był mnie zabić. Z czarnej przestrzeni między drzewami wyszedł ciemnoskóry chłopak z niezbyt przyjaznym nastawieniem. Wyraz jego twarzy nie wskazywał nic dobrego. Kiedy wreszcie podszedł na tyle blisko, że mogłam ujrzeć twarz, krzyknęłam ze zdziwieniem:
- Paul!! - Ten zmarszczył czoło i pomachał kilka razy przed nosem, jakby chciał pozbyć się niemiłego zapachu.
- Śmierdzisz. - Podsumował. I ja w tym momencie ściągnęłam brwi.
- Słucham??!!
- Powiedziałem. Śmierdzisz. - Odparł stanowczo i wolno, jak do pięciolatka.
- A Ty... Ty... - Szukałam jakiejś dobrej obrazy dla jego osoby.
- Ten obrzydliwy smród należy tylko i wyłącznie do wampirów. Wszędzie go rozpoznam. Więc bądź tak łaskawa i trzymaj się ode mnie z daleka, albo pożałujesz... - No tak. Jasper. Przytulił mnie. Trochę jego zapachu zostało na mnie. Ale i tak nie pozwolę sobie tak mnie obrażać.
- Powyrywaj sobie kłaki z nosa, bo najwyraźniej tracisz swój niezawodny węch! - Chłopak zawarczał.
- Nic nie tracę. A na Twoim miejscu umyłbym się od czasu do czasu! - Zmarszczył groźnie nos.
- Spokojnie, myję się codziennie w przeciwieństwie do Ciebie szczeniaku! Wietrzysz pachy od potu? No, skoro się bluzek nie nosi, to coś w tym jest... - Zaśmiałam się z pogardą. Paul zaczął dygotać.
- Znasz nasz sekret... Może jak Cię zabiję, to będzie on nadal sekretem. - Pochylił się lekko, ale nadal trząsł. Dotarło do mnie, że rozwścieczyłam kogoś, kto nie jest zwykłą istotą ludzką. Kogoś, z kim w pojedynku nawet będąc mężczyzną nie miałabym szans. I nagle doznałam olśnienia. W mojej głowie ukazał się obraz sceny po przedstawieniu, kiedy Jasper zaatakował. Jacob trząsł się identycznie, a chwilę później przemienił w drapieżcę.
- Stop! - Krzyknęłam. - Przepraszam! Uspokój się, proszę...
- Boisz się... I bardzo dobrze! - Krzyknął, ale przestał już dygotać. Teraz jedynie zostały śladowe ciarki na skórze. Odwrócił się plecami do mnie i zaplótł ręce na piersi. Odszedł kilka kroków. Ja siedziałam na ziemi dziękując Bogu, że się uspokoił.
- Paul...
- Zamknij się. - Odparł szybko i stanowczo. Po tych słowach wzdrygnęłam się i mrugnęłam kilka razy nie dowierzając w jego słowa. Otworzyłam buzie chcąc coś powiedzieć.
- Strasznie śmierdzisz! Twój odór mnie rozprasza...! - Krzyknął z obrzydzeniem. Nie mogło to dotrzeć do mnie. Ten miły chłopak... Dlaczego jest taki?
Minęło kilkanaście minut. Długich minut, które ciągnęły się w nieskończoność w ciszy. Ale nie dałam rady. Sterowały mną emocje. Czułam się podle i głupio. Zawsze wszystko muszę robić źle, a jeśli nie robić, to i tak wszystko złe dzieje się z mojej winy. Westchnęłam i przerwałam ciszę:
- Przepraszam, że z mojego powodu nastało tyle szkód. - Nic nie usłyszałam w odpowiedzi. Jedynie głośne parsknięcie. Ciągnęłam dalej. - Pewnie źle się czujesz z tym, że pomyliłeś mnie z wampirem... - I tu zostało mi przerwane. Najwidoczniej źle dobrałam słowa, bo wzrok chłopaka zza jego ramienia przeszył mnie na wskroś. Doczekałam się jakiejś odpowiedzi, ale nie takiej jak oczekiwałam.
- Żałosne stworzenie. Tłumaczy się, bo się boi. Pf! - Parsknął śmiechem. Spuściłam głowę. Miałam mętlik, a przez jego odpowiedź zrobiło mi się strasznie gorąco. W sercu poczułam ból.
- Nie chciałam, żebyś z mojego powodu miał takie problemy... - Nadal tylko śmiech. Wstałam i podeszłam do niego. Nawet się nie obrócił. Stał do mnie odwrócony plecami i nie miał nawet zamiaru na mnie spojrzeć. - Twoim pechem jestem ja. Przeze mnie naraziłeś się na walkę z Samem. To właśnie mnie Sam nakazał Ci pilnować, a przecież mogłeś iść zabawić się z przyjaciółmi w polowanie na wampiry...
- Wiesz doskonale, że jak tylko złapiemy tego Twojego wampira... - W jego głosie słychać było ekscytacje i zadowolenie.
- Róbcie co chcecie. Nie obchodzi mnie to... - Słowa ciężko przechodziły mi przez gardło. Bałam się, że nie wytrzymam napięcia. Paul znów się zaśmiał, ale mniej chamsko niż wcześniej. - To już nie ma znaczenia... Jasper to... - Głos mi się urwał. Chłopak zerknął przez ramię dlaczego przestałam mówić. Chwilę potem gwałtownie się obrócił i zawisł nade mną. Leżałam nieprzytomna w lesie, w środku nocy i to jeszcze u boku człowieka, który nienawidził mnie za to, że istnieję. Pięknie. Ile pamiętam jeszcze z tego, to tyle, że wziął mnie na ręce i wyniósł. Potem film mi się urwał.
~
*Jestem chyba zbyt wybuchowy...* - Pomyślałem biegnąc przed siebie i od czasu do czasu spoglądając na dziewczynę czy czasem się nie przebudziła. *Nic by się nie stało przecież, gdybym te komentarze zostawił dla siebie.. Cholera, miałem jej pilnować.* - Zawarczałem pod nosem. Jest środek nocy. Muszę ją zanieść do rezerwatu. Tam będzie najbezpieczniejsza. W dodatku muszę się spieszyć, bo to że ona śmierdzi nie ułatwia mi zadania.. Jeśli jakiś wampir będzie w pobliżu nie wyczuję go od razu. Zacząłem rozglądać się czy czasem nie wykrakałem. Po paru minutach dobiegłem na skraj lasu. Wyczułem swoich i pobiegłem w ich kierunku. Kiedy znalazłem się w La Push udałem się do domu, ale przed drzwiami uświadomiłem sobie, że gdy ojciec dowie się, że na patrolu nie upilnowałem tej dziewczyny... Chybaby mnie skarcił za niewywiązywanie się z wilczych obowiązków, które teraz powinienem stawiać na pierwszym miejscu. Tak. Pierwszy raz zawahałem się wejść do własnego domu. I to jeszcze z powodu jakiejś dziewczyny, której nie znam, a która nosi brzemię naszej tajemnicy. Nienawidzę jej za to, ale znając Sama, będzie kazał mi ją przeprosić. Wiem! Emily! Ruszyłem w stronę jej domu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie zła, iż o tej porze. Zapukałem. Po chwili ciszy usłyszałem, że drzwi są odkluczane. Kiedy te się otworzyły ujrzałem zaspaną kobietę. Zmierzyła mnie wzrokiem, który następnie zatrzymała na dziewczynie w moich ramionach.
- Paul? Co jest... Co się stało?
- Przepraszam Emily, nie wiedziałem gdzie się udać...
- Hej! Wy tam! - Za moimi plecami rozbrzmiał głos Jareda.
- Co Ty tu robisz? – Warknąłem.
- Sam kazał sprawdzić czy wszystko gra. - Podszedł i przyjrzał się dziewczynie. - Obiadek? - Zaśmiał się. Emily nagle otrzeźwiała i wprowadziła nas do domu. Położyłem dziewczynę na sofie i westchnąłem.
- Paul powiedz proszę... Kto to? - Emily jak zwykle gościnna, spytała spokojnie.
- Nie wiem. Jakaś przyjaciółka Jacoba.
- Aaa.. To taaa... - Dwie pary oczu skierowały swój przenikliwy wzrok na Jareda - No co! Wczoraj... - Zerknął na zegarek – Przedwczoraj słyszałem myśli Jacoba w walce z wampirami. Miałem wtedy patrol... Myślał o niej bez przerwy.
- A imię? - Ponagliłem go.
- Nie wiesz? - Spojrzał ze zdziwieniem na mnie. Wywróciłem oczami.
- Wiesz? Jakoś nie było nam dane się poznać... - Chłopak zaśmiał się. Emily również, ale nie tak wrednie jak on.
- Ah Paul… Ty i Twój charakter. - Uśmiechnęła się i pogładziła moje ramię.
- Po prostu nie przedstawiała mi się...
- Jakoś na A... Czekaj... A-a-a - Chrząknąłem z zażenowaną miną.
- AMELIA! - Chłopak krzyknął na cały pokój i ku zaskoczeniu wszystkich imienniczka zerwała się z łóżka jak poparzona.
- Jared. Zostań z nią - Emily nakazała ciemnoskóremu Indianinowi, a mnie pociągnęła za rękę na ganek.
- Paul, powiedz... Ona wie?
- Wie. - Odparłem z obrzydzeniem. Sekundę później przed domem pojawiła się reszta sfory.
- Co z dziewczyną? - zapytał Sam z poważną miną.
- Jest w domu - kiwnąłem głową. Ten zaraz udał się do środka, a reszta za nim.
- Dzisiaj się nie wyśpię... - Kobieta zaśmiała się i weszła do środka. Poszedłem w jej ślady. Wszyscy stali już w pokoju, tylko Jacob chował się z tyłu.
~
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Cholera, ile ludzi.. I wszyscy tak podobni do siebie.
...
Po jakiejś godzinie znałam już wszystkich. Każdego wilka po kolei. Całą godzinę spędziłam na obiecywaniu, że nikomu nie wygadam ich wielkiej tajemnicy. Nie jestem pewna, czy do końca mi uwierzyli, ale najwyraźniej do tego potrzeba czasu. W pewnym momencie poczułam, że ktoś szturcha mnie w ramię.
- Pogadajmy. - Usłyszałam za plecami cichy głos. Odwróciłam się i zauważyłam, że tuż za mną stoi Jacob z ponurą miną. Zgodziłam się na rozmowę. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju i usiadł obok na łóżku.
- Jeśli chcesz to odwiozę cię do domu... - Spuścił głowę.
- Jacob. Możesz mi wytłumaczyć dlaczego zostawiłeś mnie w tym szpitalu? - Nastąpiła chwila ciszy. Wahał się, to pewne. Ale chciałam znać prawdę. W końcu się przełamał. Dowiedziałam się, że jako wilkołak musi słuchać się Sama. Ponoć ten nie chciał żebym dalej zadawała się z jednym z członków watahy, gdyż to mogłoby ich rozbić. Dlatego Paul tak mnie nie lubi. Jest posłuszny Samowi i nieufny wobec ludzi. Okazało się również, że nie mogąc się sprzeciwić 'dowódcy' Jacob był zmuszony mnie zostawić. A dlaczego chciał odejść? Stwierdził, że nie chciał mnie narażać na kolejne ataki ze strony wampirów z powodu zadawania się z nim. Śmieszne. Będąc w towarzystwie ciemnoskórego chłopaka, wiedziałam że nadal czuje do niego to samo, co czułam przed jego wybrykiem. W pewnym momencie uwagę młodego przykuło coś w drzwiach. Ostatnia rzecz, której mogłam się teraz spodziewać. Paul stał oparty o ramę drzwi i przyglądał się naszej dwójce z miną, której na jego twarzy nie było mi dane wcześniej oglądać. Jacob z wyrzutem zerknął na mnie i cicho szepną.
- Twój ukochany chyba coś od Ciebie chce... - Skarciłam go wzrokiem i odprowadziłam do wyjścia. Paul zajął miejsce obok mnie na sofie i chamsko się zaśmiał.
- Zazdrosny? - Podniósł jedną brew.
- Czego chcesz. - I wtedy jego mina stała się równie zażenowana jak ostatnim razem.
- Ja osobiście niczego. Ale Sam kazał mi Cię przeprosić.
- Nie wysilaj się. - Spuściłam głowę i czekałam aż ten wreszcie pójdzie. Usłyszałam jedynie jak zawarczał.
- Nie chce mi się znowu kłócić. Jestem wykończony. - Wstał - Kazał też przekazać, że mamie masz powiedzieć, iż spałaś u Hanka i ja Cię zabrałem na plażę do nas. To śmieszne... - Prychnął - Muszę ponieść karę za niedopilnowanie Cię. Dlatego wszystko spadło na mnie. - Pokręcił głową i ruszył do wyjścia.
- Miałam rację. Jestem Twoim pechem. - Zatrzymał się na moment lecz nic nie odpowiedział. Wyszedł.
Kiedy nadszedł ranek, Jacob odwiózł mnie do chatki w lesie. Od razu wytłumaczyłam Inez słowo w słowo co Paul kazał jej przekazać. No cóż. Wiedziałam, że się zdziwi, ale że ucieszy? Dziwna ona jest, nie da się ukryć. Wyjątkowo śpiąca nie byłam. Zjadłam śniadanie i chwile pogawędziłam z Inez. Największym dla mnie problemem w tym domku było to, że nie miałam własnego pokoju. Musiałam spędzać cały czas na wysłuchiwaniu paplaniny matki. Eh. Kiedy dochodziło południe usłyszałam pukanie do okna. Wstałam z łóżka. *Ktoś nie wie do czego służą drzwi.* - Pomyślałam i odsłoniłam firanki. A za nimi? Szczerzący się Indianin o imieniu Jacob. Tak, tak... Właśnie on. Przewróciłam oczami i spojrzałam w stronę kuchni, czy Inez nie ma w najbliższym czasie zamiaru tu przyjść po czym otworzyłam okno.
- Co chcesz...? - Syknęłam rozglądając się czy jest sam. Ten wzruszył ramionami i znów wyszczerzył zęby.
- I z czego się tak cieszysz?
- Chodź ze mną...
- Gdzie?
- Nie wiem tego. Przejść się tak, o. - Puścił oczko i wyciągnął po mnie rękę.
- Pozwolisz, że wyjdę drzwiami? - Pokręciłam głową i ruszyłam do wyjścia krzycząc po drodze, że idę się przejść. Kiedy wyszłam Jake stał już przed drzwiami. Uniosłam brwi i cicho parsknęłam śmiechem. Jego uśmiech był rozbrajający. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.
- No i gdzie Ty mnie prowadzisz? - Nie doczekałam się odpowiedzi. Od czasu do czasu zerkałam na chłopaka, który ciągle szedł rozbawiony. Okazało się, że wyciągnął mnie na plażę La Push. Do ich rezerwatu. Stanęliśmy na wilgotnym piasku blisko wody. Jake zaczął puszczać kaczki kamieniami. Ja włożyłam ręce w kieszenie i niekiedy śmiałam się z jego niezdarności, kiedy poślizgnął się na kamieniu, bądź potknął o własną nogę. Jakoś nie potrafiłam się przy nim smucić. Kiedy skończył zabawę z kamieniami chwycił mnie w pasie i wrzucił do wody z całym impetem. Niby z moim charakterem powinnam się obrazić, ale nie potrafiłam.. Śmiałam się na całe gardło. Zajęło nam to może ze dwie, trzy godziny. Po wszystkim usiedliśmy na jakimś skrawku ziemi, gdzie wyrastała zielona trawa. Podkuliłam nogi pod siebie i objęłam je rękoma. Jacob zaczął bawić się piaskiem. W końcu sięgnął jakiegoś żółtego kwiatka i wplótł mi go we włosy uśmiechając się mile.
- Jake... - Chciałam coś powiedzieć, bo nie wydawało mi się to normalne, ale przerwał mi.
- Pamiętasz... Co Ci powiedziałem, zanim wyskoczyłem przez okno za wampirami tamtego wieczoru? - Jego wyraz twarzy był bardzo łagodny i cierpliwy. Niestety. Oprócz scen nic nie pamiętam. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego słów... Chwilę rozmyślałam nad tym, ale nic mi do głowy nie przychodziło...
- Chyba n... - No i jak zwykle zostało mi przerwane. Wzrok Jacoba przeniósł się w stronę jednego z domków na plaży, a jego ciepły uśmiech zmienił się diametralnie. Oczy szeroko otworzył i przyglądał się. Przyglądał się czemuś, czego ja nie widziałam z tak daleka.
- Co jest? - Zapytałam, ale ten przytknął swój palec do moich ust i nasłuchiwał czegoś. Po chwili ciszy Jacob wstał i kazał mi iść ze sobą. Zrobiłam tak jak powiedział. Chciałam się dowiedzieć do się dzieje. Kroki kierowaliśmy do tego domu, którego wcześniej tak obserwował chłopak. Zapukał. Ku mojemu zdziwieniu drzwi otworzył dobrze mi znany starszy mężczyzna.
- Hank?
- Jacob! Dobrze, że jesteś! Wejdź... i... - Jake wszedł do środka, a ja zostałam na ganku przyglądając się mężczyźnie ze zdziwieniem. - Ty jesteś... córką Inez, prawda? - Przytaknęłam kilka razy - Wejdź! Proszę! - Jak poprzednio wyszczerzył rządek białych zębów. Jednak dało się wyczuć, że czymś się niepokoi. Ponaglona dłonią na plecach weszłam do środka. Poprowadzona zostałam do pokoju, najwidoczniej nastolatka, bo drzwi oblepione kolorowym papierem, czy plakatami nie mogły raczej należeć, do starszego mężczyzny po 50. Jak mogłam się domyślić, w pokoju roiło się od członków watahy. Zauważyłam Jacoba, który pchał się do przodu, najwidoczniej do łóżka. Zaraz chwyciłam się jego paska od spodni i pchałam się za nim. Ten malutki pokoik nie służył goszczeniu takiej ilości wysokich i szerokich mężczyzn. Zastanawiałam się nad jednym. Co było dane mi teraz zobaczyć? Za czym cała sfora pchała się do tego pomieszczenia? Kiedy już się dowiedziałam, słowa wykrztusić nie mogłam. Przyłożyłam dłonie do ust, silnie napierając na nie, byleby tylko nie krzyknąć z przerażenia. Z oczu pociekły łzy, ale tego nie mogłam powstrzymać. Takich widoków nie ma się na co dzień i to jeszcze, kiedy wcześniej miało się do czynienia bliżej z tym co teraz moje oczy muszą oglądać. Powstrzymywałam się z ledwością od wybuchu płaczu. Zbyt cicho było w pomieszczeniu, żebym mogła sobie na to pozwolić. Odwróciłam głowę w bok przylegając do ramienia przyjaciela. Poczułam ciepłą dłoń na głowie, która powstrzymywała mnie od powtórnego spojrzenia w stronę łóżka. Co powinnam teraz zrobić?
- Chłopaki, muszę się nim zająć, zróbcie miejsce. - Usłyszałam głos mężczyzny. Spojrzałam na niego kątem oka. Niósł miskę z wodą i paroma ręcznikami. Zagryzłam wargę i oderwałam się od Jacoba. Zagrodziłam mężczyźnie drogę i przejęłam od niego miskę.
- Pozwolisz? - Spojrzałam na niego zapłakanymi oczami. Słowa z trudem przeciskały się przez gardło. Mężczyzna chwilę popatrzył na mnie, po czym zrezygnowany przytaknął. Podeszłam do łóżka i klęknęłam. Zatopiłam jeden ręcznik w zimnej wodzie i dotknęłam zakrwawionego ciała starając się obmyć ranę. Pokój zaczął się opróżniać. Zerknęłam na drzwi. To Hank zaczął wyganiać chłopaków z pokoju. W końcu zostałam sama. Westchnęłam i znów przegryzłam wargę. Zamoczyłam ręcznik i pochyliłam się nad twarzą ofiary, która bezwładnie leżała na łóżku. Dotknęłam delikatnie skóry. Zaraz jednak oderwałam, kiedy usłyszałam ciche syknięcie. *Jest przytomny...* - Pomyślałam i obserwowałam reakcję. Otworzył na pół oczy i rozchylił usta.
- Gdzie... jestem...
- U siebie.
- Kim.. jesteś... - Może jednak nie powinnam to być ja? Wiem, że mógłby się wściec za to co usłyszy...
- To ja, Paul. Amelia... - Na wściekanie się nie miał siły. Znów syknął i zamknął oczy. Delikatnie przetarłam jego policzek od krwi.
- Zostaw mnie. - Usłyszałam nagle.
- Hm?
- Idź sobie! Zostaw mnie! - Zaczął wierzgać na łóżku wydobywając z siebie ostatki energii. Całe szczęście, że nie mógł głośno krzyczeć, bo zaraz wszyscy by się zbiegli. Ale i tak zirytowało mnie jego zachowanie. Uderzyłam go w brzuch mokrym ręcznikiem.
- Uspokój się idioto! - Zgiął się w pół, lecz nic nie odpowiedział. - Śpij... - dodałam po chwili i wróciłam do obmywania ran na jego ciele.
Minęło kilka godzin. Był już prawie wieczór. Kiedy skończyłam usiadłam na krześle na drugim końcu pokoju i z kamienną twarzą przyglądałam się jak świeżo obmyte rany powoli się goją. Usłyszałam ciche kaszlnięcie. Chłopak zamruczał i zmarszczył nos. Obrócił głowę w stronę pokoju i otworzył oczy. Kiedy mnie zobaczył, zmarszczył czoło. Po chwili jednak złagodniał i wbił wzrok w moje oczy. Zrobiłam to samo, nadal z grobową miną. Ten wolno mrugnął i obrócił głowę wpatrując się w sufit. Westchnął i uniósł się na łokciach. *Co za dureń* - Pomyślałam i wstałam z miejsca. Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego torsie mocno napierając.
- Masz połamane żebra. Nawet nie myśl o tym, że wstaniesz. - Spojrzałam na niego groźnie, ale ku mojemu zdziwieniu, nie odwdzięczył się spojrzeniem, tylko posłusznie położył. Złapałam za poduszkę leżąca obok łóżka i usiadłam na jego skraju, obok chłopaka.
- Unieś lekko głowę. - Rozkazałam i włożyłam mu pod spód poduchę.
- Lepiej? - Zapytałam nieco milej, widząc że przestał -no, może przestał to złe stwierdzenie - ale w tym momencie nie żywił najwyraźniej do mnie większej urazy.
- Tak. Dzięki. - Odpowiedział i znów wbił wzrok w sufit - Dlaczego Ty...
- Twój pech, co? - Zapytałam z ironią w głosie - Mógł to być Hank. Fakt. Jeśli chcesz, to go zawołam... - Wstałam z łóżka, ale nagle poczułam jak coś silnie ciągnie mnie za nadgarstek z powrotem.
- Niee... Tak... tak jest dobrze. - Wykrztusił z siebie. Po chwili ciszy poczułam, że jestem obserwowana. Odwróciłam głowę w jego stronę i z niedowierzaniem patrzyłam w jego brązowe oczy, które spojrzeniem zagłębiały się coraz bardziej w moich. To trochę nieswoje w jego towarzystwie.
- Zaczekaj. Masz jeszcze trochę krwi na poliku. - Westchnęłam i chwyciłam za ręcznik. Delikatnie dotknęłam jego polika. I co najdziwniejsze było w tym wszystkim? Reakcja Paula. Zamknął oczy i jakby zamruczał pod nosem. Zabrałam gwałtownie rękę i wrzuciłam ręcznik do miski. Odwróciłam głowę i oparłam się łokciami o kolana.
- Jak długo zostaniesz? – Usłyszałam.
- Jutro rano wracam do domu. A co? - Zerknęłam na moment na niego. Zamknął oczy i wzruszył jedynie ramionami. - Właściwie muszę już iść. Inez będzie się martwić. - O. Idealna wymówka by wreszcie stąd wyjść.
- Już? Teraz?
- Tak... - Odparłam nerwowo i wyszłam z pokoju z głośnym 'Narazie!'. Wybiegłam z domu. Szybko ruszyłam do lasu idąc wydeptaną dróżką. Tak jak się spodziewałam. Prowadziła ona do domku w lesie.
Dzień skończył się szybko. Nastał poranek. Już o 8 zostałam zrzucona z łóżka. Ubrałam się, zjadłam i otworzyłam drzwi kiedy ktoś pukał. To był Hank. Z szerokim uśmiechem przyszedł się pożegnać. Sam... Trochę głupio mi było nie widzieć jego syna po tym wszystkim, a żebra do tego czasu powinny mu się zagoić, ale to jego sprawa. Nie narzucam się. Wraz z Inez wyszłyśmy z domku oddając mu do ręki klucze. No cóż. Kto jak kto, ale żeby ta para tak martwiła się na to, że się rozstają? Nawet się nie znali! W końcu mężczyzna podszedł do mnie i mocno przytulił, aż oddechu złapać nie mogłam. Na pożegnanie usłyszałam tylko pełne wdzięczności 'Dziękuję'.
Wróciłam do domu. Tam gdzie czekał na mnie własny pokój i czysta łazienka. Po południu okazało się, że mamy gości. Zbiegłam na dół po schodach, a w myślach rozległo się głośne *NIEEEE!*. Kiedy zobaczyłam, że to Hank, ręce mi opadły. Uśmiechnęłam się do niego i wróciłam do pokoju. Podeszłam do okna i otworzyłam je szeroko.
- Powietrza! Powietrza! Ludzie.. co to ma być! - Zaczęłam mówić do siebie i kręcić głową. Położyłam się na łóżko i chwyciłam swoją ulubioną książkę w rękę. Nagle zerwałam się na równe nogi, gdy tylko usłyszałam pukanie w okno. * Jasper?* - Sięgnęłam wzrokiem miejsca, z którego wydobywał się dźwięk. I zdziwiłam się jeszcze bardziej, niż przy ujrzeniu Hanka w progu. Wstałam z łóżka i podeszłam do okna.
- Paul? Co Ty tu robisz?... - Na oknie siedział ciemnoskóry chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy.
Mam zamiar kontynuować bloga...
Niestety pod koniec roku szkolnego nie miałam czasu na wymyślanie ciągu dalszego..
Najgorsza sprawa jest, że straciłam wątek :/
Nie mam pojęcia co dalej i jeśli czujecie, że macie wenę.. chcecie się wcielić w pisanie mojego opowiadania, jesteście skorzy pomóc, podoba Wam się opek, to serdecznie zapraszam.
Potrzebuję pomysłów!
Najlepsze osoby wplączę w opowiadanie...
Z góry dziękuję i zapraszam do pisania :]
Główny wątek - Halloween, oraz pojawienie się Jacoba Blacka. Czyżby nowa miłość się właśnie zrodziła? Ognista... miłość.
Minęło dużo czasu od ostatnich wydarzeń. Jak na złość ten czas leciał monotonnie... Dzień w dzień to samo. Zaczynałam pragnąć jakiejś akcji. Jakiejkolwiek jatki na korytarzu szkolnym, ale nie. Wszyscy zachowywali się, jakby trafili do szkoły dobrych manier. To wymykało mi się spod kontroli i naprawdę czułam, że jeszcze moment, a zwariuję. Nawet Jasper czy Edward. Im to już kompletnie nadziwić się nie mogę, że potrafią bezapelacyjnie wytrwać tyle w ciszy i spokoju.
Zadzwonił dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Zerwałam się szybko z miejsca i udałam prężnym krokiem na lunch. Wyjątkowo dzisiaj byłam bardzo głodna, gdyż rano przez moje ociąganie się nie zdążyłam zjeść śniadania. Miałam do wyboru: najeść się, lub spóźnić na lekcję. Cała ja. Biorąc pełną tacę z jedzeniem przysiadłam się do Nikki, która zajmowała miejsce przy Mike'u, Jessice, Ericu i tym innym, których imion nie spamiętałam, bo uznałam, że nie będzie mi to wielce potrzebne. Przystąpiłam do konsumpcji mojej sałatki na talerzu. Nela była bardzo głęboko wtajemniczona w jakiś temat przy naszym stoliku. Wszyscy byli pochyleni nad blatem i szeptali sobie, a niekiedy wykrzykiwali nieco głośniej z niedowierzaniem jakieś wątki. Starałam się nie mieszać, bo pewnie połowy nadzwyczajnych nowinek i tak bym nie załapała, po co się poniżać. Nagle ktoś - przypuszczam, że Mike, zapytał głośniej grupki osób, przysłuchujących się swoim wyznaniom i plotkom.
- A słyszeliście, że dziś po 5 godzinie, zawitają do nas dzieciaki z rezerwatu La Push? - Jego głos był tajemniczy, jakby wiedział, że tak naprawdę nikt nic o tym nie wie, a on tym wyznaniem wydobędzie z każdego szczątki podziwu dla jego osoby. Przy stole nastała cisza. Każdy przyglądał się chłopakowi z otwartymi ustami. Tylko ja odważyłam się zakłócić ten niecodzienny spokój.
- A kto to? - Mike ze zdziwieniem spojrzał na mnie, następnie na kolegów i po ich zgodzie przybliżył twarz do mnie i obserwując czy nikt nie podsłuchuje szepnął cicho, lecz na tyle głośno, by koledzy go słyszeli, a w przypadku pomyłki, również go poprawili.
- Nikt z La Push nie pokazuje się w okolicach naszej szkoły.
- Powiedz jej, czemu, stary. - Ktoś z drugiego końca stoliku ponaglił chłopaka. Ten spojrzał na mnie wymownie i z nutką tajemniczości w głosie ciągnął dalej.
- Ponoć, Quileuci mają jakieś uprzedzenia do członków rodziny Cullenów.
- Quileuci? - Powtórzyłam
- Tak nazywa się ich... Jak by to powiedzieć... Klan.
- Klan. - Znów powtórzyłam, ale nie pytając, a raczej oznajmiając jakby z niedowierzaniem na słowa przyjaciela.
- No, bo Quileute, to plemię Indian. - Na słowo Indianie uniosłam jedną brew.
- Dziwię im się, że przyjęli zaproszenie do naszej szkoły na to przedstawienie z okazji Halloween. - Znów ktoś z końca stołu wtrącił się
- Jakie znowu przedstawienie? - Jak zwykle nie wiedziałam, co wokół mnie się dzieje.
- Jak to... Nie wiesz? Przecież jesteś na nie zapisana... - Mike odsunął się troszkę ode mnie, by przyjrzeć się mojej twarzy. Zerwałam się na równe nogi, po czym równie szybko usiadłam i powoli wypuściłam powietrze z ust. Chciałam krzyczeć, ale musiałam tak uczynić, by się uspokoić i wszystko po kolei sobie poukładać.
- To niemożliwe. - Odparłam wściekła, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać.
- Co, niemożliwe... - Mike pokiwał głową jak by miał do czynienia z idiotką.
- Ja się nigdzie nie zapisywałam. - Przeleciałam wzrokiem po każdej z siedzących osób, a gdy tylko coś wydało mi się dziwne, zatrzymałam go. Czy to nie ironia? Tylko Nikki wydawała się być tym wszystkim rozbawiona. Spojrzałam na nią groźnie.
- Nie patrz tak na mnie, proszę. - Nie dała rady, wybuchła. Musiała zakryć usta dłonią, by jej głośny śmiech nie rozniósł się po całej sali. - Mówiłaś, że nudzisz się ostatnio, więc zaoszczędziłam Ci kolejnych rozczarować i zaoferowałam zajęcie na następne dni. - Dodała szybko widząc mój zgorzkniały wzrok.
- A co dokładnie mam grać? - Zapytałam godząc się ze wszystkim, co mi zrobiono, ale czułam, że idę na potępienie. Ja aktorką? Paranoja. Eric zaczął grzebać coś w swojej torbie, po czym wyjął z niej długi świstek papieru, jakby paragon. Poszeptał sobie coś cicho pod nosem, po czym krzyknął głośno "MAM!". Wzrok każdego z nas śledził poczynania kolegi.
- Amelia Wood - rola? - Zatrzymał się na moment, po czym spojrzał z niedowierzaniem na mnie. - Główna. Będziesz grać dziewczynę wampira, który Cię ugryzie. - Dokończył uśmiechając się sceptycznie. Super. Dlaczego akurat ja mam przeżywać wszystko, co z krwiopijcami jest związane. - Pomyślałam, po czym kontynuowałam rozmowę.
- A kto zagra tego wampira? - Byłam ciekawa, kto zechce ugryźć mnie, jako tą niby "piękną" dziewczynę, w której taki cud natury jak wampir mógłby się zakochać.
- Jacob Black. - Wyznał Eric bez cienia entuzjazmu.
- A kto to? - Nikki przejęła inicjatywę.
- To jeden z tych indiańców. - Odparł Mike wzruszając ramionami. - A tobie Eric, co? - Zapytał po chwili, widząc reakcję przyjaciela.
- Miałem nadzieję dostać rolę wampira. - Na te słowa jakby nie wiadomo, co to było wszyscy zaczęli się śmiać. Czas lunchu dobiegł końca. Wraz z Nikki udałyśmy się na lekcję chemii, gdzie miałyśmy szansę usiąść razem i omówić całą sprawę. Dowiedziałam się od niej, że sama nie zapisała się na to przedstawienie, gdyż uznała, że chwila wytchnienia dla mnie od jej osoby powinna mi się przydać. Po lekcji ruszyłyśmy przejść się po boisku. Zagadane na całego - humor mi się polepszył, a dzięki temu udzielało się to osobom z mojego otoczenia - roześmiane kroczyłyśmy żwawym krokiem przed siebie. W pewnym momencie wpadłam na coś strasznie twardego. Byłam pewna, że to ściana budynku, bo tylko ja mam takie szczęście, ale w takim razie, dlaczego słyszałam oddalający się głos Nikki? Ona nie powinna zrobić tego samego? Przywarłam do 'ściany' z takim impetem, że błyskawicznie się od niej odbiłam i wylądowałam na ziemi. Z jednej strony bolała mnie głowa i cała klatka piersiowa, a z drugiej moje siedzisko, które jak czuje już teraz, będzie bolało jeszcze długi czas. Nie miałam zamiaru otwierać oczu póki nie dojdę do siebie. Jednak w którymś momencie zrobiło mi się niewiarygodnie ciepło. Fala gorąca ciągnęła do mojego ciała diametralnie zmieniając klimat panujący na dworze. Nie czułam chłodu, ani wilgoci, tylko to miłe, przyjemne ciepło, jakby właśnie przede mną rozpalono ogień.
- Ja nie mogę, dziewczyno.. Uważaj jak chodzisz. - Usłyszałam przed sobą, czując oddech osoby na swojej twarzy. Otworzyłam jedno oko, jednak minąć musiało parę dobrych sekund, zanim obraz do końca mi się wyostrzył. Otworzyłam drugie i spostrzegłam pochylonego przed sobą młodocianego przystojniaka o ciemnej karnacji i włosach czarnych jak smoła, krótko obciętych. Jego ton był nieodgadnięty. Słyszałam w nim irytację, ale też nieco rozbawienia. Jego wyraz twarzy podkreślał to pierwsze.
- W porządku? - Zapytał po chwili. Złapałam się za głowę i przytaknęłam. Boże, jaka ze mnie sierota. Taki przystojniak, a ja musiałam pokazać się z najgorszej strony. Chłopak pomógł mi wstać. Kiedy chwyciłam jego dłoń, miałam wrażenie jakbym wskoczyła do tego ogniska, które nie tak dawno rozpalono przede mną. Ciepło jego dotyku ogarnęło moje ciało, czułam się jakbym płonęła. Jednak to tylko i wyłącznie było odczucie. Brunet uśmiechnął się łagodnie widząc mój wyraz twarzy. Najwyraźniej wiedział, jakie uczucia we mnie budził. Zapewne nie byłam jedyna. Kiedy stanęłam o własnych siłach puścił mnie i oddalił unosząc za sobą dłoń w geście pożegnalnym. Po kilku chwilach podbiegła do mnie Nikki z wielkim uśmiechem. Założę się, że widziała ten cały cyrk.
- No, no... - Wydała z siebie słowa z nutką ironii. - Co za przystojniak..! Ty to masz szczęście, siostra.
- Tylko nie siostra. - Starałam się zakończyć jakoś ten przytłaczający temat. Jednak uśmiech z twarzy Neli nie schodził. Znała mnie doskonale i wiedziała, że nie ma, po co drążyć tego dalej. A jednak, nie dawało jej coś spokoju.
- Mówię Ci, lubi Cię. - Wtrąciła w środku zdania odprowadzając mnie na lekcję matematyki.
- Daj spokój. Nie idziesz na lekcje?
- Nie, mam okienko. Ale Mel, kurczę no...
- Kurczę, co... - Podjęłam temat. Doszłam do wniosku, że im szybciej go skończę, tym szybciej Nikki przestanie mnie nim zadręczać.
- Dobrze wiesz, co.
- Skąd TY to możesz wiedzieć?
- Bo Ci pomachał.
- I co z tego, że mi pomachał, chciał być uprzejmy... - Odparłam wyśmiewając tym samym przyjaciółkę.
- Tak, tak.. Ale? Mógł tego nie robić. - Na te słowa nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Na moje szczęście, chociaż raz dzisiaj... Zadzwonił dzwonek i szybko weszłam do klasy. A jednak żadne szczęście. Znów w kogoś weszłam, lecz tym razem nie z taką siłą. Komuś przeszkodziłam w wieszaniu kurtki na wieszak przy drzwiach. Ta osoba była jednak równie delikatna, co ja. Oboje w tym samym momencie wydaliśmy z siebie głośne "AU.."
- Cholera. Uważaj jak chodzisz! - Usłyszałam dziś to już po raz drugi. Myliłam się. Ta osoba nie wchodziła do klasy, a wychodziła z niej. Jako, że nie doszłam jeszcze do siebie po ostatnim wybryku, tym razem mój zapłon się nieco opóźnij i nie zdążyłam ujrzeć mojej ofiary. Jedyne, co moje oczy wychwyciły, to długie błyszczące blond włosy smagane przez wiatr.
Zajęłam miejsce. Jasper usiadł koło mnie. Wcześniej oczywiście, jak co dnia miło się przywitał.
- Dziś nie będzie normalnej lekcji. - Zwrócił się do mnie.
- Jak to? - Spojrzałam na niego ze zdziwieniem zapominając wszystko, co dziś usłyszałam na lunchu.
- Jest 6 lekcja. Zaraz będą po tej klasie oprowadzane dzieciaki z La Push. - No tak! Byłam pewna, że o tym zapomnę, i tak się stało. Siedziałam w krzesełku wyczekując wejścia Pana Sashy i jego nowych towarzyszy. Zastanawiało mnie jak będą ubrani i jak będą wyglądać. Pióropusze? Szmatki przywieszone tylko na biodrach i te kolorowe, śmieszne paski? Już nie mogłam się doczekać. Drzwi od sali otworzyły się na oścież. Pierwszy wszedł Pan Szeremietiew, a za nim jakby podążające za swym ojcem, dzieciaki (były tylko trochę jaśniejsze od niego). Śmieszne. Wyglądali normalnie. Jak normalni uczniowie.. Tylko innej karnacji ot, co. Wszyscy zaś byli silnie umięśnieni i bardzo wysocy. Pojedyncze osobniki sięgały nawet 2m. Pięcioro z nich było najstarszych i wszyscy mieli identycznie obcięte na jeża włosy, niczym małe, puszyste kociaki. Szli, jako pierwsi, jak jakiś gang. Na przedzie był najstarszy z nich, co dało się rozpoznać po jego rysach twarzy i skupieniu. Za nim szło jeszcze czterech, a wśród nich ten chłopak, w którego godzinę temu wpadłam na boisku. A więc i on należał do plemienia Indian? Czy teraz los będzie mnie cały czas na niego kierował, abym zrobiła z siebie jeszcze większą idiotkę? Chodzi o to, że jeszcze bardziej mam go zniechęcić do siebie swą osobą? Chyba nie, bo przez całą godzinę ani razu na mnie nie spojrzał. Z resztą na nikogo w klasie.
- Ale pajace. - Usłyszałam po swej prawej stronie. Jasper przyglądał im się z uwagą.
- Dlaczego?
- Boją się. - Oznajmij przekierowując swój wzrok na mnie. Prychnął i pokręcił głową.
- Czego się boją..
- Ty byś się nie bała, gdybyś była rok, czy nawet dwa lata młodsza od osób, które Cię otaczają?
- Są aż tak młodzi?
- Jasne. Ten tam - wskazał brodą na ostatniego Indianina, trzymającego się bardzo blisko jednego z kompanów, który chyba był najniższy z nich wszystkich. - Ten to, jest ponad 4 lata młodszy.
- To, co oni tu robią?
- Byli zaproszeni gościnnie. Tylko odważni się tu znaleźli. Też mi coś. Odwaga. - Po tych słowach twarz blondyna zmieniła się. Zmarszczył czoło i skrzywił się, tak jakby wyczuł odrażający smród panujący w klasie.
- Co się stało? - Zapytałam chcąc złagodzić jego zachowanie. Odwrócił się tak, by siedzieć zupełnie na wprost mnie, a resztę klasy mieć daleko za plecami. Wziął głęboki wdech.
- Mówiłem Ci już, że ładnie pachniesz? - Starał się zmienić temat, lecz wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie, na co dzień Jasper zachowywał się tak dziwnie. Spojrzałam za jego plecy. Wszyscy Indianie przechadzali się po klasie... No, prawie wszyscy.. Tamta piątka, o której wspomniałam wcześniej zatrzymała się na jej środku i z groźną miną przyglądała się naszej ławce. To ja? O mnie chodzi? Znów skierowałam wzrok na wampira. Nie.. Jeden z chłopaków z plemienia Quileute wzdrygnął się. Od razu moje oczy powędrowały na jego osobę. Brunet, na którego wcześniej wpadłam zmarszczył nos. Czy oni wszyscy czuli ten dziwny odór? Wszyscy tylko nie ja? Rozejrzałam się po klasie. Lecz oprócz tej szóstki, nikt inny nie zachowywał się równie niestosownie.
- Panowie? - Profesor ponaglił piątkę młodzieńców - jeśli ich wszystkich można tak nazwać, bo tego pewna być nie mogłam. Niby ten ich 'przywódca' wyglądał na starszego, ale 5min wcześniej nawet nie śmiałabym powiedzieć o kimkolwiek z nich, że ma 14 czy 15 lat.
Nazajutrz, jeszcze zanim zdążyłam podążyć na pierwszą lekcje dostałam powiadomienie, że dziś zamiast lunchu mam się zgłosić w auli, na pierwszą próbę. Tak też postąpiłam.
Na sali zgromadziło się kilkanaście osób, w tym znajomi tacy jak Eric i Angela. Zaczęto czytać listę obecności.
- Eric Yorke? - Drzewo. - Zaśmiałam się pod nosem słysząc, co Eric gra... Ten zapalony do roli wampira.
- Jeeestem.. - Odparł ponuro
- Angela Weber? - Towarzyszka Beatris.
- Jest.
- Amelia Wood? - Beatris
- Jestem - odparłam zajmując miejsce przy scenie na jednym z wolnych krzeseł
- Jacob Black? - Dracula - cisza... - Jacob Black, jest? - Nadal cisza...
- Pauline Browning? - Wampirzyca
- Jestem - słodki głos wydobył się z wnętrza auli. Słyszałam już go gdzieś. Machinalnie odwróciłam głowę i szczerze mogłabym przysiąc, że znam tę dziewczynę bardzo dobrze. Jej długie, błyszczące blond włosy pasowały mi idealnie do osoby, w którą wpadłam wczoraj przed lekcją matematyki z Quileutami. Jednakże jej miły i przyjazny wyraz twarzy nie zdradzał złego zachowania, a uśmiech pasował do grzecznej i mądrej dziewczynki z dobrego domu. Westchnęłam i wstałam z miejsca.
- Antony McSun? - Van Hellsing
- Jestem.
- Jacob Black, nadal nie ma? - Zapytała kobieta wyczytująca listę z nudą w głosie. Ktoś jej odpowiedział, że nie. Ja podążyłam w stronę blond dziewczyny. Kiedy stanęłam przy niej, drzwi do auli otworzyły się, a w nich ukazała się sylwetka Indianina, który był moją pierwszą ofiarą wczorajszego nieszczęsnego dnia. Super. Znajdywałam się w jednym pomieszczeniu z dwiema osobami, które zapewne nienawidziły mnie za to, że żyję. Podwójna masakra. Chłopak wolnym krokiem ruszył przed siebie, jednak chwilkę po tym, kiedy mnie zauważył zmienił kierunek obranej drogi. No tak. Pewnie chce na mnie najechać za wczoraj. - Pomyślałam. Co teraz. Kłócić się z Pauline, czy z tym, który... Uśmiecha się w moją stronę?
- Tak, słucham Cię? - Milutki głosik dziewczyny przerwał moje rozmyślania.
- Eee... - Wypadłam z wątku
- Hej. - Usłyszałam za plecami. Nie odwróciłam się. Chłopak stanął obok mnie uśmiechając się do nas obu zarazem.
- Łooo... ładnie, ładnie. - Dziewczyna uniosła się z krzesła jednym ruchem i oparła dłoń na torsie chłopaka. Ten zmarszczył czoło, jednak po chwili uśmiechnął się do niej.
- Komplement?
- Pewnie. - Odwzajemniła uśmiech i spojrzała na mnie - Coś się stało, kotku? - zapytała niby to chamsko, lecz miły głos nie wskazywał na żadna ironię.
- Wczoraj.. Przez przypadek na Ciebie wpadłam i... - Moje słowa przerwało głośne prychnięcie chłopaka. Na słowa "wpadłam na Ciebie" nie mógł się opanować. Skarciłam go spojrzeniem i kontynuowałam. - Byłaś bardzo nie miła dla mnie. - Dziewczyna uniosła brwi i zaśmiała się.
- Przepraszam, że byłam dla Ciebie nie miła... A może... Nie. Nie przepraszam Cię za nic. - Co? To było wredne. Wściekłam się na nią. Jak ona mogła...
- Bo to nie ja powinnam Cię przeprosić. - Dokończyła stanowczo. Ach. Fakt, mogłam się mylić, w końcu rozpoznałam ją tylko po włosach.
- Tylko moja siostra bliźniaczka. - Dodała i odeszła. Moje zdziwienie nie znało granic. Chłopak stojący przy mnie zaśmiał się z wyrazu mojej twarzy.
- Jacob Black. Jest wreszcie?
- Jestem! - Uniósł rękę i krzyknął na tyle głośno, by dało się go usłyszeć na końcu auli.
- To Ty... - Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Na niego? Raczej na jego oczy. -W- jego oczy. Równie czarne, co włosy Indianina... Głębokie... Jednak niepatrzące na mnie, a na kobietę, która będzie prowadzić spektakl. Kiedy opuścił dłoń skierował wzrok na mnie. Nasze spojrzenia zetknęły się, chociaż nie zawstydziło mnie to, co z resztą było do mnie bardzo podobne. Czułam się przy nim swojo. Bardzo swojo. Jacob uśmiechnął się i ruszył pod scenę.
Przez wiele dni pracowaliśmy nad swoimi rolami. Z dnia na dzień coraz bardziej bałam się reakcji prawdziwych wampirów na to przedstawienie.
Trzy dni przed spektaklem na święto Halloween:
Wybiegłam ile sił w nogach w pękatej sukni na dwór. Wiało i padało, ale to mnie nie zatrzymało. Wbiegłam na wysoką górę nieopodal szkoły. Upadłam na kolana i zakryłam twarz w dłoniach. Zaczęłam głośno szlochać, nie miałam pojęcia, co teraz uczynić. Po chwili jednak poczułam, że coś chroni mnie przed deszczem i grzeje od zewnątrz. Odsłoniłam twarz. Na oczy opadał mi kołnierz długiej peleryny. Odgarnęłam go delikatnie z twarzy, a wtedy ku mojemu dziwieniu przed sobą ujrzałam klęczącego Jacoba z troskliwą miną wpatrującego się głęboko w moje oczy.
- Moja piękna, co się stało? - Zapytał poetycko wykorzystując do rozweselenia mnie część tekstu z naszego przedstawienia. Mimowolnie delikatny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Chłopak złapał mnie pod rękę i uniósł na nogi.
- Chcesz tak moknąć? - Zapytał, lecz widział, że nie mam zamiaru się stąd ruszyć. Nastała długa cisza. Jedyny słyszalny dźwięk - dla ludzkiego ucha - to krople deszczu odbijające się o tafle kałuż i tworzące się pod stopami błoto. Spuściłam głowę. - Chcesz o czymś pogadać? - Zapytał czule. Kiedy zaś nie ujrzał żadnej reakcji, wziął mnie pod brodę i uniósł tak, by patrzeć w moje oczy.
- Martwię się.
- Czym? - Już chciałam mu opowiedzieć o wampirach, o tym, że w naszej szkole wiele z nich przesiaduje, że nie powinny widzieć tego przedstawienia, lecz przegryzłam dolną wargę i odsunęłam głowę wbijając wzrok gdzieś w bok w daleką przestrzeń za szkołą.
- To nieważne. - Chłopak westchnął i wziął mnie na ręce. Nie protestowałam. Ciepło jego ciała grzało mnie tak, że wszystkie troski wywiały wraz z wiatrem, który oplatał moje włosy.
...
- Pani Glover, Pani Glover. - Podbiegłam do kobiety, która, jak co dzień zajmowała się naszym przedstawieniem.
- Boże Święty... Jak Ty wyglądasz! - Kobieta załamała ręce widząc mnie przemoczoną do suchej nitki.
- Przepraszam.. Ale... Niech pani mnie wysłucha! - Krzyknęłam za nią, kiedy ta oddaliła się po suchy ręcznik. Wróciła podając mi rzecz i z troską spojrzała na moje zapłakane oczy.
- Ja przepraszam, ale nie mogę brać udziału w tym przedstawieniu. - Na sali zapanowała głucha cisza. Wszyscy patrzyli się w moją stronę. Właśnie. Na moje nieszczęście każdy musiał to usłyszeć. Łzy spłynęły po moich policzkach. Nie wytrzymałam presji. Postanowiłam zejść ze sceny bocznym przejściem, które prowadziło przez ciemny korytarz. Jeszcze raz przeprosiłam i powędrowałam w miejsce, o którym wspomniałam. Kiedy weszłam do ciemnego korytarza ktoś złapał mnie kurczowo trzymając za łokieć.
- Czekaj. - Usłyszałam znajomy głos. - Czego się boisz. To tylko głupie przedstawienie.
- Jacob, tu nie chodzi o samo przedstawienie...
- A o ludzi, którzy będą je oglądać. Wiem. - Skończył moje zdanie własnymi słowami.
- Ja naprawdę nie mogę. To trudna decyzja, ale nie na tyle, bym nie mogła jej podjąć. - Chłopak otworzył oczy, a w ciemnościach rozbłysły one niczym dwa świetliki. Dźwięk szurających ciuchów o ścianę wskazywał na to, że chłopak kucnął. Ruszyłam przed siebie chwilę po tym, kiedy ten puścił moją rękę.
- Czekaj... - Powtórzył bardziej stanowczo. - Pozwolę Ci iść, kiedy powiesz szczerze, czego się boisz. - Nie uwierzył mi? Spuściłam głowę na dół i zatopiłam się w burzy myśli, szukając stosownej wymówki.
- Bo widzisz...
- Wampiry. - Wykrztusił. Chciałam spojrzeć w jego stronę, lecz panujący tu mrok uniemożliwił mi wykrycie, w którym miejscu mój przyjaciel się znajduje.
- Co za wampiry?
- Nie udawaj. Masz zagrać. Powiedz jedynie... - W tym momencie uniósł się - Że chcesz, aby one nie zostały wpuszczone do auli. - Tymi słowami zakończył rozmowę zostawiając mnie samą w ciemnym korytarzu. To dało mi wiele do myślenia, także zamiast ruszyć kroku w obranym kierunku, zawróciłam i podążyłam do załamanej Pani Glover, tłumacząc wszystko tak jak Jacob mi zalecił. Pani Glover od razu przystała na takie warunki i radośnie kazała powtórzyć scenę.
...
- Czy i Ty tego pragniesz?
- Oczywiście mój kochany...
- Czy chcesz dzielić ze mną resztę życia?
- Oczywiście mój...
- Przestań. Dobrze wiesz, że mogę Cię zabić.
- Jeśli zginę z Twojej ręki, będzie to śmierć o niebo lepsza...
- A więc postanowione Beatris. Tu i teraz me kły zatopią się w Twej szyi. Więc albo zginiesz i ja pochłonę się w rozpaczy, albo będziesz mą najdroższą do końca dni. Ale zanim to jednak... - wszystkim na sali zaparło dech w piersiach. Ostatnia próba przed całym przedstawieniem. Nigdy jednak nie doszło do tej sceny. Pierwszy raz od tygodnia miało dojść do sceny z pocałunkiem. Jednak:
- Nie. Przepraszam. - Odwróciłam głowę i wyrwałam się z objęć Jacoba. W auli poruszenie. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony.
- Kochanie... - Pani Glover podbiegła szybko łapiąc mnie za ramiona. Z przerażeniem zapytała czy wszystko w porządku.
- Oczywiście. Nie wiem, co się stało. - Uciekłam wzrokiem. Jacob stał wpatrując się sztywno we mnie, bez krzty emocji na twarzy.
- Kochanie... Oj moja Beatris. Ja mam tylko nadzieję, że nic się takiego nie stanie na samym przedstawieniu...
- Mam nadzieję... - Szepnęłam cicho, lecz nie zupełnie o to mi chodziło. Modliłam się, by Jasper i Edward nie weszli na widownię.
- Ludzie! Pora zaczynać! - Krzyknął Eric spoglądając na zegarek na ręce.
- Panie Forer, możemy zaczynać? - Scenarzystka zwróciła się do mężczyzny, który pilnował drzwi do auli.
- Mamy tłumy, dobrze byłoby wpuścić ich na widownie. - Odparł z uśmiechem mężczyzna, po czym na znak działania zaczął po kolei wpuszczać pojedyncze osoby. Po paru sekundach jednak nie ogarnął całej sytuacji z taką ilością ludzi, przez co zmuszony był przepuszczać po kilkanaście osób na raz. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca na całej widowni, ja wychylona zza bocznej kurtyny śledziłam ich z nadzieją, że nigdzie nie znajdę dwójki wampirów. Przeliczyłam się. Obojgu udało się prześlizgnąć na widownię. Zerwałam się z miejsca i podbiegłam do Pani Glover z wielkim wyrzutem pytając, co jest grane.
- Oj, oj... Zapomniałam na śmierć!
- O czym?
- Przekazać Forer'owi, że ma ich nie wpuszczać. - Zakryła usta palcami dłoni i wpatrywała się we mnie z przerażeniem, co teraz zrobię. Wściekle pokiwałam głową i odeszłam.
- Ale nie zrezygnujesz, prawda?
- Nie. - Odpowiedziałam nawet nie odwracając głowy w jej stronę.
- Kochanie, przepraszam. - Starła się jakoś złagodzić sprawę. Znając mój charakter odeszłabym, ale szkoda było mi zostawić tę siwiejącą starowinkę na łaskę publiczności. Gdzie... I jak! Znalazłaby zastępczynię dla mnie. No i ten Jacob. Wcześniej nie miałam jak go zapytać, ale po przedstawieniu muszę poważnie z nim porozmawiać. Skąd on wie o wampirach? Możliwe, że miał podobną sytuację z nimi, co ja - tak się pocieszałam. W końcu rodzina Cullenów w tym małym miasteczku, Forks jest dość duża.
Zaczęło się.
...
- Czy i Ty tego pragniesz?
- Oczywiście mój kochany...
- Czy chcesz dzielić ze mną resztę życia?
- Oczywiście mój...
- Przestań. Dobrze wiesz, że mogę Cię zabić.
- Jeśli zginę z Twojej ręki, będzie to śmierć o niebo lepsza...
- A więc postanowione Beatris. Tu i teraz me kły zatopią się w Twej szyi. Więc albo zginiesz i ja pochłonę się w rozpaczy, albo będziesz mą najdroższą do końca dni. Ale zanim to jednak... - Już się zbliżał.. Już powoli... Bałam się. Nie wiem, dlaczego. Może, dlatego, że to mój pierwszy pocałunek? Starałam się nie myśleć, że ten pierwszy raz robiony jest pod publikę. Spojrzałam w oczy chłopaka. Ten pociesznie się uśmiechnął i dotknął delikatnie wargami moich ust. Przełknęłam ciężko ślinę i zamknęłam oczy. Jacob pocałował mnie. To ciepło, które od niego biło i jego oddech wprawił mnie w stan otępienia. Odwzajemniłam pocałunek, ale oddałam mu się zupełnie. Oddałam się sile jego dłoni, przytrzymujących moje plecy, ramion, których na początku kurczowo się trzymałam, teraz jednak delikatnie moje dłonie osunęły się na tors, a całą ciężkością ciała oparłam się na jego rękach. Całował namiętnie... Długo. Poniosło mnie. Poniosło mnie uczucie, które ogarnęło mnie całą, chwilę po tym jak nasze usta złączyły się w jedno. Zrobiło mi się strasznie gorąco. Było mi gorąco na zewnątrz i wewnątrz. Ciepło okalało wszystkie moje narządy. Zemdlałam. Opadłam bezwładnie w jego ramionach. Jacob oderwał usta od moich i przesunął jedną z dłoni do mojej szyi, po czym mocno przytulił do swojego ciała. Klęknął na zimnej posadzce z wtuloną twarzą w moje włosy i udał, że zatapia w moją szyję swe ostre kły.
Rozległy się brawa. Całe szczęście, że to mdlenie było w scenariuszu. Przynajmniej nie musiałam udawać. Jacob wziął mnie na ręce oplatając moją rękę wokół swojej szyi i wyniósł mnie za kurtynę. Coś mnie obudziło... Brzmiało jak płacz Pani Glover... Chyba się cieszyła, co?
- Amelko! Amelko, skarbie Ty mój! Byłaś najlepsza...
- Ach tak... - Starałam się, chociaż usiąść, bo o wstaniu nie było mowy. Kręciło mi się bezlitośnie w głowie. Jacob podtrzymał mnie za plecy...
- Co masz taką kwaśną minę. - Zapytał z uśmiechem
- Nie, nic.
- Jak dojdziecie do siebie... - Kobieta przedłużyła ciszę, bo najwyraźniej chciała zobaczyć naszą reakcję na te słowa - To dołączcie do nas. - Dodała i odeszła do publiczności. Jacob odprowadził ją wzrokiem, po czym skierował go na mnie.
- Coś jednak się stało. - Nie dawała mu spokoju moja mina. Po długiej ciszy przełamałam się.
- Bo widzisz... Ten... Po...
- Pocałunek, hę?
- Właśnie... To był mój pierwszy...
- I...?
- I źle mi z tym, że był pod publikę... Bo widzisz ja... - Nie dokończyłam nawet zdania, kiedy znów poczułam jego ciepłe wargi na swoich. Jedną dłonią nadal trzymał plecy w obawie, że znów mogę zemdleć i polecieć jak długa, drugą zaś skierował na moją skroń, delikatnie muskając koniuszkami palców skóry. Nie wytrzymałam. To do mnie nie podobne, ale odwzajemniłam ten pełen uczuć pocałunek, kładąc swe dłonie na jego szyi. Nagle wszystko potoczyło się jak w czasie wojny. Gwałtowny hałas przerwał wszystko. Otworzyłam oczy, a przede mną pustka. I rozległ się huk. Na szczęście nie tak głośny, by przebić się przez gwar na sali, jednakże ja wszystko słyszałam doskonale. Skierowałam wzrok w tamto miejsce. Przy ścianie zauważyłam Jaspera trzymającego kurczowo Jacoba za ubranie blisko szyi.
- Ty psie! - Krzyknął obnażając kły...
- Co Ty! Jasper! - Krzyknęłam za nim
- Ten kundel!... On chciał Cię skrzywdzić! Zabrać Ci mnie na wieki.... - Zaczął wpadać w słowotok głośno charcząc.
- Jasper, to tylko przedstawienie. Daj spokój. - Starałam się go jakoś uspokoić.
- Nie... Nie... To przecież... Nie wiesz? To przecież...
- No dalej, wykrztuś to, krwiopijco - Jacob uśmiechnął się chytrze patrząc na wściekłego wampira bardzo odważnie. Nie bał się wiedząc, że może zginąć?
- Co, Jasper.. - Ponagliłam go z odpowiedzią.
- To wilkołak. Zaśmierdziały pies... Tfu! - Plunął obok marszcząc grymaśnie nos.
- Co Ty mówisz, Jasper.. Przestań...
- On mówi prawdę, Amelio - usłyszałam głos Edwarda za swoimi plecami. Nie byłam w stanie wstać jeszcze o własnych siłach, lecz miałam ich wystarczająco dużo, by odwrócić się w jego stronę.
- Jak to. - Edward podszedł do brata i zakładając mu ręce za plecy odsunął go od Jacoba. Dopiero teraz ujrzałam jak ten silnie się trzęsie.
- Black. Załatwmy to na dworze. Nie możemy pozwolić sobie na licznych gapiów. - Edward skierował słowa do młodego chłopaka leżącego pod ścianą, po czym zniknął za oknem.
- Jacob! - Krzyknęłam zanim ten zdążył pójść w ślady wampirów.
- Przepraszam Amelio. Wszystko Ci wytłumaczę. - Wyskoczył przez okno. Zanim jednak cały przez nie przeszedł - Kocham... - Nie dokończył, bo.. Hm... Nie miał jak. Jedyne, co zdążyłam ujrzeć, z jakich to powodów nie dokończył zdania, był kudłaty ogon, który chwilę później zniknął za ramą okna. Uniosłam się podpierając na ręce i resztkami sił rzuciłam się w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą rzeczy paranormalne zrobiły sobie wyjście. Oczami zalanymi łzami ujrzałam na tamtej górce, na której pierwszy raz powątpiłam, co do mojej roli, dwa wampiry gotowe do bójki z ogromnym wilkiem, który wzrostem był wyższy od konia. Nie mogłam dalej obejrzeć, co się stało. Nie mogłam, gdyż przed oczami ukazała się ciemność. Poczułam silny ból w okolicach potylicy. Upadłam tracąc dogłębnie całą świadomość.
Obudziłam się pod kroplówką w pobliskim szpitalu. Wolno otworzyłam oczy. Po takim szoku to wcale nie było łatwe.
- Zostawcie! Ja muszę tam wejść! – Usłyszałam za drzwiami sali, w której leżałam, głośną kłótnię. Nagle drzwi otworzyły się, a w nich ukazał się wściekły Jacob.
- Nie może Pan.
- Nie mów mi, czego nie mogę robić… - Oderwał rękę lekarza ze swojego rękawa, po czym szybkim krokiem podszedł do mnie i chwycił za dłoń.
- Jak się czujesz? – Zapytał z troską.
- Lepiej – Uśmiechnęłam się.
- Jest późno. Śpij.
- Ale Jake..
- Obiecuję, że jeszcze rano Ci wszystko wytłumaczę – Uśmiechnął się z bólem. Tak. Udało mi się wyłapać.
- Jeszcze? – Zapytałam. Chłopak spuścił wzrok i odparł nieco ciszej.
- Zanim odejdę..
- CO?! – Uniosłam się na łóżku szybko, lecz równie szybko opadłam bezsilnie. Ten przytknął swego palca do moich ust i szepnął czułe „ciii” .
- Jutro. Do jutra jeszcze z Tobą pobędę. A teraz śpij. – Z całego serca nie chciałam zasnąć, by nie ominęły mnie chwile spędzone z przyjacielem. Właśnie dowiedziałam się, kim naprawdę jest, a już miałam się żegnać? Teraz, jak tak bardzo go polubiłam? Niestety… Po chwili już ogarnął mnie sen. Nie dałam rady.
Kolejny dzień... Od samego rana zastanawiałam się jak to będzie dziś na lekcji matematyki.. To straszne. Gdy tylko o tym pomyślę zaraz ciarki przechodzą po całym moim ciele.
Kiedy Inez wysadziła nas na podjeździe, zaraz ktoś mnie zaczepił.
- Hej! Jak tam? - chłopak, który odwiózł nas przedwczoraj do domu miło się uśmiechnął.
- Hej.. Tayler.
- Widzę, że dzisiaj już nie będę potrzebny - wskazał kciukiem na odjeżdżający wóz Inez, jego mina mówiła jednak, że ma nadzieję, iż zmienimy zdanie. Odprowadziłam pojazd wzrokiem po sam zakręt za szkołą i spojrzałam wymownie na chłopaka, dając do zrozumienia, że jego pytanie należało raczej do retorycznych.
- A właśnie. Dziękuję za tamten miły gest. Bałam się, że będziemy musiały na pieszo wracać do domu.
- Luz. Serio. - odparł entuzjastycznie, bo najwyraźniej poprawił mu się humor przez to, że jeszcze go nie spławiłam. - Czyli... - przeciągnął długo "i" z chytrym uśmieszkiem na ustach - Siedzimy razem na chemii! - dokończył, po czym szybko się oddalił.
- Co? - zapytałam jednakże nie zdążyłam za chłopakiem. Tego zaraz nie było. Nikki zaśmiała się cicho pod nosem. Stanęłam tyłem do parkingu i mierzyłam oddalającego się Taylera. W jednej chwili poczułam silne pchnięcie w bark. Zza moich pleców wyszła wysoka, o nieco większych gabarytach, co reszta, postać, która jakby zamierzenie mnie szturchnęła. Au - szepnęłam cicho i otarłam ramię. Kiedy uniosłam głowę ten był już pod drzwiami.
Przychodzi czas na lekcje matematyki. To dobry moment, by dowiedzieć się, co kierowało moim towarzyszem dziś rano na parkingu. Niestety tak. To była jego wina. To on niemal przewrócił mnie na zimny, mokry cement swym lekkim, a jakże silnym pchnięciem. Zajęłam miejsce w ławce. Zdążyłam się rozpakować. Nic. Zdążyłam przejrzeć notatki. Nic. Zadzwonił dzwonek. Wszyscy obecni siedzieli już grzecznie w ławkach i czekali na nudny monolog pana Szeremietiewa. Zastanawiałam się tylko nad jednym - dlaczego Jasper nie dotarł na lekcje, mimo że był dziś w szkole obecny? Czyżby wagary? Zanim jednak zdążyłam odpowiedzieć sobie na te pytanie do klasy odważnym, równym, lecz delikatnym krokiem wszedł blondyn. To już 30 min! Krzyknęłam w duchu. Ale co mi do tego. Najwyraźniej to profesor coś znów dla niego wymyślił, bo w przeciwnym razie nie oddawałby mu jakiś świstków papieru, a zasiadł na miejscu z przeprosinami i błagalnym wzrokiem. Zaczęłam przyglądać mu się badawczo, podczas gdy on zajmował miejsce.. Mogłam się jednak tego spodziewać. Jasper tak silnie mnie ignorował, że zaczynałam wątpić, w to czy w ogóle mnie widać. Pomyślmy.. a gdyby tak.. A co mi tam! - postanowiłam zwrócić na siebie uwagę. Dotknęłam delikatnie jego ramienia zważając na to, jak zareaguje... by tylko nic mi nie zrobił. Szybko osunęła mi się dłoń, gdyż zanim zdążyłam go dotknąć ten błyskawicznie odsunął się ode mnie. Wszystkie osoby w klasie skierowały wzrok na naszą ławkę poruszeni głośnym szurnięciem krzesła przy odsuwaniu. Profesor głośno odchrząknął wyraźnie kierując ten gest do nas. Zawstydziłam się udając skruchę. W głębi klasy pod tablicą słyszalne było ciche mruczenie pod nosem "Tym to się zebrało teraz na amory". Odczekałam chwilkę, by wszyscy wrócili do swoich zajęć, po czym ponowiłam swoje podejścia. Tym razem tak, by w mniejszym stopniu zwrócić na siebie uwagę.
- Jasper. Hej. - przywitałam się niepewnie. Blond chłopak nic nie odpowiedział. Wszystko, co zrobił, to spojrzał na mnie zza grzywki opadającej pękiem na oczy. Nie uniósł głowy. To spojrzenie było groźne. Przestałam się starać, nie wiem, o co mu chodzi. Minęło powoli jakieś 10 min, lekcji.
- Zostaw mnie. - usłyszałam nagle głos wydobywający się z ust chłopaka.
- Hm? – odwróciłam głowę - Ale.. czemu? - spytałam odważniej
- Jestem głodny. Zostaw mnie.
- Nie boję się. Nie tym razem. - uniósł głowę i spojrzał na mnie chyba nie dowierzając w słowa, które wypowiadałam powoli i rozważnie. Jednak ten nie dał za wygraną i uciekł wzrokiem ignorując moją odpowiedź.
- Powiesz mi, dlaczego jesteś taki nie miły? O co chodzi. - wiedziałam, że to nie głód wchodzi w grę. Z tego powodu nie miałby, po co tak się zachowywać jak na parkingu dziś rano.
- Ach. - spuścił głowę, chyba się przełamał. - Zauważyłem, że wolisz jednak przebywać w towarzystwie 'normalnych' ludzi. Nie mogę się dłużej z Tobą zadawać. Nie mogę pozwolić sobie na to, byś przez uczucie do pierwszego lepszego wyznała mu cały mój sekret... Ludzie są do tego zdolni. - zakończył ostro z hardym tonem.
- Jasper... Naprawdę sądzisz, że zrobiłabym Ci coś takiego? Tobie i komukolwiek z Twojego otoczenia? Twojej rodzinie? Edwardowi? - wypytywałam z niedowierzaniem, że sądzi, iż jestem taka. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi. Zadzwonił dzwonek, przy którym chłopak zerwał się z ławki i wyszedł z sali. Wstałam swym ludzkim tempem z miejsca i spojrzałam na drzwi. Już miałam się zacząć pakować, kiedy zauważyłam, że Jasper cofa się i staje w progu. Westchnęłam głośno i równie głośno odpowiedziałam - Czyli znam już odpowiedź. Zaczęłam się pakować. Kiedy skończyłam wykonywać tę czynność ruszyłam do drzwi. Minęłam blondyna. W ostatniej chwili jednak ten złapał mnie za nadgarstek. Jego ucisk dłoni był tak silny, że, mimo, iż to tylko nadgarstek znieruchomiałam cała, jak sparaliżowana. Odwróciłam się szybko i spojrzałam mu w oczy. O dziwo zauważyłam w nich troskę. O co tu chodzi? Co tym razem? Postanowiłam, że uśmiechnę się, bo może w ten sposób uwolnię się z ucisku jego dłoni. Jednak nie wyszło tak jak chciałam, a mój uśmiech był od niechcenia. Ten nadal patrzył mi w oczy.
- Proszę. Możesz mnie puścić? - zapytałam umilnie. Na tyle jeszcze było mnie stać. Ku mojemu zaskoczeniu uczynił tak jak poprosiłam. Przez parę sekund mierzyliśmy się jeszcze wzrokiem, ale nie wytrzymałam tego. Machnęłam mu i wyrzuciłam z siebie szybkie 'cześć'. Odeszłam na parking.
…
W tym samym czasie:
Edward powtarzając sobie sporadycznie coś pod nosem, jakby jedno zdanie, które powinien zapamiętać, podąża do sali, w której Jasper i Amelia właśnie skończyli lekcje. W jednej sekundzie zatrzymuje się, jakby nagle sparaliżował Go strach... przerażenie? Nie... to było ogromne zdziwienie. Jego oczy wbiły się w miejsce, w którym jego brat stał i rozmawiał z Amelią. To on? Może ktoś bardzo podobny do niego? Niemożliwe. Odważył się do niej zagadać? Nie, zaraz... On wcale nie rozmawia. Patrzy się na nią z taką troską... uczuciem. To niemożliwe żeby w tamtym miejscu, w którym stoi ten facet, stał Jasper. Edward głośno westchnął i oparł się o ścianę budynku ramieniem. Przypomniał sobie, że miał ważną sprawę do brata i nie może odpuścić. Postanowił zaczekać, aż ten skończy. Przyglądał im się z chytrym uśmieszkiem, lecz po chwili coś przerwało jego dotychczasowe zajęcie. Zza jego boku wyszła Nikki zamyślona nad jakimś zadaniem z chemii trzymając nos w grubej książce. Ten znów się uśmiechnął i złapał ją za warkocz lekko ciągnąc. Dziewczyna wściekła, że ktoś wytrącił ją z transu odwróciła się szybko na pięcie i już miała zamiar go zbesztać, kiedy zauważyła w szatynie znajomą twarz. Przyglądała się jego złocistym oczom ze zdziwieniem.
- Czy my...
- Znamy się. Poniekąd. - ten dokończył jej zdanie z władczym uśmiechem. Nela przymrużyła lekko oczy i odwróciła głowę tak, by widzieć, co się dzieje pod salą, w której miała mieć zaraz zajęcia. Zauważyła blondyna i w mgnieniu oka wszystko jej się przypomniało. Cała akcja, która miała nie tak dawno miejsce w ich apartamencie. Dziewczyna z przerażeniem obserwowała parę. Dlaczego Mel z nim rozmawia. Patrzą się sobie w oczy... Nic z tego nie rozumiała. A im bardziej przypominała sobie to całe zdarzenie, tym bardziej nie mogła uwierzyć w to, że widzi ich razem... Znów skierowała swe wystraszone oczy na Edwarda.
- Ty...
- Jestem tym chłopakiem.
- Uratowałeś nas...
- Tak.
- I...
- Nie jestem groźny.
- Ach. I nie umiesz czytać w myślach... - dodała ironicznie rozluźniona rozmową z szatynem. Edward głośno się zaśmiał. Ale ten śmiech nie był jednym z tych szczerych, czy niewinnych. To był śmiech z nutą goryczy. Dlaczego? Tego zapewne nie wiedziała. Nikt nie wiedział.
- On też nie jest groźny... - dodał po chwili
- Jak to...
- Poniekąd. - dokończył i spojrzał na brata z uśmiechem. Nastała cisza. Mogła ona trwać nawet z 5 min. Niestety tylko Neli tak się wydawało. Tak naprawdę trwała ze 2 sekundy.
- Co oni robią? - przerwała ciszę bojąc się o przyjaciółkę.
- Rozmawiają. - roześmiał się chłopak, po czym uśmiechnął się do długowłosej piękności z zaczepnym uśmiechem. Dziewczyna speszona spuściła głowę wbijając wzrok w ziemię. "Fajniee.." - odparła starając się odwlec jakoś czas, kiedy Edward patrzył na nią z takim dziwnym wyrazem twarzy, który chwilę później zmienił się w czułość. Kiedy Nikki wyczuła, że chłopak przestał się jej przyglądać spojrzała na parę w przejściu i palnęła:
- Jasper spogląda na nią jak na dzisiejszy obiad. - zaśmiała się cicho pod nosem. Edward gwałtownie zmienił wyraz twarzy. Czoło jego wysiało się bruzdami, a uśmiech zszedł. Prawdopodobnie ona zna całą prawdę. Miał nadzieję, że tak jednak nie było, bo z jej myśli nic na to nie wskazywało. Mógł być to jedynie zbieg okoliczności, ale żeby tak trafny? Pokręcił głową i szybkim ruchem odrywając się od ściany - odszedł.
...
Mimo tego, że rozmawiałam z Jasperem w sprawie zadawania się z normalnymi ludźmi, nie mogłam sobie odpuścić rozmów i przebywania w towarzystwie Taylera. A to wszystko, dlatego, że zadano nam prezentacje z angielskiego, którą zmuszeni byliśmy robić w parach. Nie mogło się obyć bez omówienia tematu i wszystkiego, co na dobrą ocenę było nam potrzebne. Podczas lunchu doszło do najgorszego. Czegoś, czego w sumie mogłam się domyślić, jednak nie miałam na to większego wpływu. Zaczęło się od tego, że usiadłam z Taylerem przy jednym stole...
- Myślisz, że to nam się przyda?
- Jasne. Poproszę moją ciotkę żeby przyniosła mi z pracy, bo widzisz ona pracuje w...
- Ach. Dobra. Wierzę Ci. - miałam zamiar omówić wszystko już dziś, bym nie musiała więcej wysłuchiwać tej jego paplaniny. Chciał zrobić dobre wrażenie? Też coś.
Nikki siedziała nieopodal sama, przyglądając się zazdrośnie w naszą stronę. Było mi strasznie głupio, że tak ją zostawiłam, ale po trupach do celu. Z Taylerem to inaczej się nie da. Postanowiłam nie spoglądać w jej stronę.
~
Wtedy do stoliku Neli przysiadł się Jasper. Usiadł jak gdyby nigdy nic, lecz nie odzywał się. Nie zwracał na dziewczynę uwagi. W pierwszym momencie, ta w ogóle nie zauważyła go. Jednak, gdy tylko rozejrzała się po sali, jej oczy zatrzymały się na bujnej fryzurze blondyna. Przeraziła się gwałtownie, lecz jej strach zaraz przerodził się w spokój. To było do niego niepodobne, ale...
- Czy coś się stało? - zapytał chłopak, tak jakby Nela była jego dobrą znajomą, o którą się troszczy. Ta również tak samo się zachowała i bez żadnych skrupułów opowiedziała mu jak bardzo denerwuje ją to, że jej przyjaciółka zostawiła ją dla jakiegoś chłopaka. Że z nim spędza więcej czasu.
Jasper zamyślił się i obserwując parę siedzącą na przeciwko zdawał się wcale nie słuchać Nikki. Zapewne usłyszał już wszystko, co chciał. Zanim dziewczyna skończyła swój wywód, przerwał jej, nie zmieniając punktu obserwacji.
- Czy Amelii podoba się ten chłopak? - Nikki zamknęła usta i uniosła brodę do góry. Nic jednak nie odpowiedziała. Zaczęło do niej docierać, że temu blondynowi musi zależeć na jej przyjaciółce. Skończyła z nim konwersacje. Bała się, że gdyby źle odpowiedziała, miałby do wyboru: zabić ją, lub zabrać jej przyjaciółkę na zawsze od niej.
Po tej... jeśli można to nazwać "rozmowie" oboje bez wydawania nawet najcichszych dźwięków obserwowali rozbawioną parę z naprzeciwka. Razem jak w zegarku gwałtownie się wzdrygnęli prostując się na siedzeniu. Amelia i Tayler chwycili w tym samym momencie jedną puszkę coli, co spowodowało, że spojrzeli sobie głęboko w oczy, a twarze ich obserwatorów zmieniły wyraz na wściekły i przejęty. Pierwszy ruch wykonał Jasper. Złapał puszkę Nikki i zacisnął na niej pięść wyginając ją na różne strony. Wyskoczył z miejsca jak oparzony i cisnął przedmiotem bardzo silnie w śmietnik robiąc tym samym ogromny hałas i poruszenie na sali. Przyciągnął na swoją osobę wzrok wszystkich gapiów. Amelii również...
~
Zauważyłam, że jest wściekły. Gdyby nie szmer na sali z łatwością można byłoby usłyszeć groźny charkot wydobywający się z wnętrza jego gardła. Doskonale znałam ten dźwięk, dlatego z taką łatwością potrafiłam go odróżnić od innych. Nie mogłam pozwolić na to, żeby Jasper tak się zachowywał przy tych wszystkich ludziach. Oparłam dłoń na ramieniu kolegi obok i przeprosiłam go. Wstałam z miejsca chwytając torbę i wyszłam z pomieszczenia. Kiedy minęłam próg, znów wszystko wróciło do normy. Odeszłam kawałek od budynku, w którym to przedstawienie się rozegrało i stanęłam w bezpiecznej odległości. Zarzuciłam torbę na ramie i głośno westchnęłam spuszczając głowę w dół. Jednak coś zakłóciło mój spokój. Poczułam zimny dotyk na prawym ramieniu. Odwróciłam się i... mogłam przysiąc, że nic nie było słychać. Ani szmeru, ani stąpania po ziemi.. nic. Może to jedna z cech wampirów?
- Słyszałem wyraźnie z Twoich ust, że nie będziesz zadawać się z innymi... - wyrzucił z siebie jednym tchem Jasper, nadal z groźną miną, acz nieco spokojniej.
- To moje życie. Nie powinieneś w nie ingerować z takim impetem. Chcesz być normalny? Staraj się.. a nie każ mi robić z siebie nienormalnej i unikać wszystkich. - odpowiedziałam stanowczo.
- Rob, co chcesz. - Jasper zakończył rozmowę i odszedł.
...
Minął jakiś czas, kiedy się z Jasperem do siebie nie odzywaliśmy. Czułam się dziwnie. Jakbym straciła część siebie... Dlaczego? Przecież nie łączyła mnie z tym chłopakiem żadna więź. Z resztą tak mi się wydaje. Unikał mnie silnie. Dziś, jak co dzień opuścił lekcję matematyki. Nie chciał dzielić ze mną jednej ławki i wcale mu się nie dziwie. To, co się stało, było poniekąd moją winą. Czuję, że muszę coś z tym zrobić. Postanowiłam go poszukać. Widziałam go już dzisiaj w szkole. Musi gdzieś tu być.
Szukałam przez całą przerwę, jednak nigdzie go nie było. Zaczekałam do jutra. Miałam idealny pomysł, który musiał się sprawdzić, bo jeśli nie... to niepotrzebne będzie mi to opuszczenie lekcji. Właśnie. Nieszczęsna matematyka. Jako, że najprawdopodobniej wagarował tylko z tej lekcji, postanowiłam pójść w jego ślady. Po dzwonku zaczekałam aż boisko opustoszeje. No, nie do końca... bo znalazło się więcej takich, co to zaplanowali sobie taki wyskok na ten dzień. A jednak. Wśród kilku osób pozostałych na boisku po dzwonku, zauważyłam Jaspera siedzącego przy srebrnym volvo na parkingu. Kiedy podeszłam bliżej zauważyłam, że jest wyraźnie przygnębiony. Zapewne z mojej winy. Nie zauważył mnie. Był pogrążony w głębokich myślach wbijając wzrok w jedną z opon pojazdu.
- Twój? - zapytałam niepewnie, bojąc się reakcji. Chłopak uniósł gwałtownie głowę i wielkimi oczami spojrzał na mnie.
- Edwarda. - odpowiedział ponuro, gdy tylko spostrzegł, kto go zaczepił.
- Coś się stało? - głupie pytanie. Jasne, że coś się stało! - Ja! To moja wina, jakby inaczej... Jasper nic nie odpowiedział, wrócił jedynie do obserwowania opony.
- Dlaczego nie było Cię na matmie? - ponowiłam atak.
- A dlaczego Ciebie nie ma na matmie? - zastosował silną obronę. Znów ponuro patrząc na mnie, nie czekał na odpowiedź. Odsunął się od samochodu i odszedł kawałek, tak długi do momentu, kiedy go nie zatrzymałam. Spojrzałam mu w twarz. Chciałam odczytać z niej dokładnie, co w tym momencie czuje. Nagle poczułam dziwną obojętność na to, co dzieje się wokół mnie. Odsunęłam się od niego i bez słowa odeszłam kilka kroków w drugą stronę. Jasper obserwował mnie z triumfalną miną, po czym pokiwał głową i gdy już miał odchodzić.
- Nie dasz rady.
- Co...? - ton jego zapytania był jak najbardziej oznaką zdziwienia.
- Jestem tak samo podatna na ludzkie uczucia jak Ty.
- Nie jestem podatny na ludzkie uczucia. - odparł groźnie jakbym trafiła w jego czuły punkt. Zaśmiałam się gorzko i odwróciłam by patrzeć mu prosto w oczy.
- Zdążyłam Cię rozgryźć. Nie pozwolę sobie na manipulowanie moimi emocjami. Nie zrobisz ze mnie obojętnej, jeśli czymś się przejmuję. Może inną osobę tak, ale ja już doszłam do tego jak Cię obejść. - zdziwienie blondyna nie znało granic. Po długiej chwili czule się uśmiechnął i podszedł do mnie jak najbliżej mógł wolnym krokiem. Zimnymi palcami dotknął mojego policzka i przejechał po nim odgarniając kosmyk włosów zwiany na twarz. Cicho prychnął i odszedł zanurzając się w głąb lasu.
…
Nazajutrz Nikki postanowiła odprowadzić mnie na lekcje matematyki. Wszystko wynikło z tego, że opowiedziałam jej, bez szczegółów, że musiałam urwać się z lekcji. Przy okazji podeszła do pana Szeremietiewa, by omówić z nim zasady konkursu, na który właśnie się wybierała. Ja w tym czasie zajęłam swoje miejsce pod oknem i zniecierpliwiona oczekiwałam nadejścia mojego towarzysza. Byłam ciekawa, czy po tym, co wczoraj zaszło zjawi się na lekcji. No i oczywiście, jaki będzie w stosunku do mnie.
Ach tak. Doczekałam się. Gdy tylko blond chłopak wszedł do sali na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Udało mi się. Jasper minął rozgadaną Nikki i ruszył do naszej ławki. Wtedy Nela po zakończonej rozmowie odwróciła się i zauważyła, że Jasper łapie mnie za ramiona, przeciska się za mną i z uśmiechem wita. Dziewczyna gestem przywołała mnie do siebie. Spojrzałam na nią zdziwiona, lecz podeszłam. Ta przybliżyła się do mojego ucha i szepnęła: "To jest Jasper. Prawda? Ten facet, który próbował Ci poderżnąć gardło. Jednym słowem... Zabić Cię!." - ostatnie słowa wypowiedziała nieco głośniej. Jednak tylko ja je na szczęście usłyszałam. Uśmiechnęłam się grymaśnie i wróciłam na miejsce. Nikki nie miała pojęcia, co się dzieje, jednak po dzwonku wyszła z sali. Zaczęła się lekcja. Wyjątkowo dzisiaj Jasper był bardzo miły. Najwyraźniej przeszło mu to całe obrażanie się. Nawet w ciągu lekcji uśmiechnął się do mnie kilka razy.
Kiedy lekcja dobiegała końca coś się zmieniło. Na twarzy chłopaka zrodził się niepokój. Z czego to wynikało? Czyżby przypomniał sobie coś niemiłego? Ale w końcu nic mu nie zrobiłam. To z mojego powodu?
Przewertowałam kartki w zeszycie. To dziwne. Nigdzie nie było mojego zdjęcia, a mogłabym przysiąc, że ostatniego wieczoru wsadziłam je za okładkę. To było zdjęcie z ostatniego wypadu w góry z Nikki. Obie byłyśmy na nim i uznałam, że dobrze będzie zrobić dla przyjaciółki odbitkę. Jednak zginęło. Postanowiłam spytać partnera, czy czasem nie widział mojej zguby. Jednak on odparł negując odpowiedź z coraz to bardziej przejętą miną. Właśnie zadzwonił dzwonek, ale nie dawałam za wygraną, to foto musi gdzieś tu być! Przecież głupia nie jestem i pamiętam, co robiłam z nim! Jasper zerwał się z miejsca jakby nagle sobie o czymś przypomniał i zaczął przepychać się przez tłum ludzi z klasy. Chyba na jego nieszczęście, bo nie wątpię, że to w jakimś stopniu było specjalnie, ktoś szturchnął blondyna w bark, a z jego kieszeni wyskoczył mój fant. Wyprostowałam się jak kołek wbity w ziemie i wpatrywałam się z niedowierzaniem na mojego złodzieja. Dlaczego? - przechodziło mi przez myśl. Po co? Co on kombinuje... wiem, że nie powinnam z reguły tego robić, ale powoli zaczynał wracać we mnie niepokój i strach. Jasper z nieco wystraszoną miną podszedł do mnie i oddał zdjęcie, po czym poprosił mnie na słówko. Nic nie odpowiedziałam, a w duchu rodziła się coraz większa panika. Chwyciłam torbę, zdjęcie z jego dłoni i ruszyłam kroku tuż za nim. Wyszliśmy z klasy. Podprowadził mnie do ławki na boisku i kazał usiąść. Starałam się unikać jego wzroku. Blondyn stał nade mną i z ciszą przyglądał się mojej reakcji na to całe wydarzenie. Przełknął głośno ślinę jak by wreszcie udało mu się w myślach ująć w całość cały wywód, którym miał mnie teraz zalać.
- Usiądziemy razem na lunchu? - Co jest. Spodziewałam się czegoś innego. Mogłam dojść do wniosku, że najwyraźniej zechce unikać tego tematu, ale żeby wypalić z czymś takim? Spojrzałam na niego pytająco. Ten zanurzył się w głębi moich oczu nad czymś silnie się zastanawiając. Dobra. Rzućmy to w niepamięć. Przyjmijmy wersję, że zrobił to, bo ładnie wyszłam na zdjęciu. - zaśmiałam się cicho pod nosem. Jasper przekręcił lekko głowę w bok, jak mały szczeniaczek nasłuchujący, o czym człowiek mówi. Wstałam i odpowiedziałam krótko i zwięźle uśmiechając się.
- Tak.
`
Wierzysz w to, że miłość nadejdzie? Wierzysz, że możemy jeszcze być razem?
On to powiedział, ona nie chciała.
On pocałował, ona się zaśmiała…
…i odpowiedziała:
- Ten moment zapamiętam jako pech życia.
Obrażasz mnie…
- Nie mogłem dłużej czekać!
Odeszła, a jej uśmiech zachował w pamięci.
„ Ja wierzę, że życie niesie mi szczęście. Wierzę, że spotkam Cię jeszcze…”
Każdy dzień czuwam w oknie, na kobietę moich snów.
Pamiętam jej uśmiech, jej zapach, jej zły stosunek i chłód.
Czy kochała? Nie wiem. Miała nadzieję, że się zmienię.
Zmiana trwała dwa lata. I chcę ją zobaczyć, by poznała faceta, który kochał ją taką, jaka była.
…
Spotkał ją na ulicy z innym pod ręką. Zakrył twarz dłonią.
Nie chciał widzieć tego.
Zauważyła go – na przejściu dla pieszych,
Uśmiechnęła i wyślizgnęła z uścisku mężczyzny.
Rzuciła się w ramiona cała zapłakana. Rzekła:
„Kocham Cię” i tym samym wyrwała Go z tego miłosnego załamania.
`
Dedykacja dla www.przeznaczona.mylog.pl :*
Rozdział opowiada o strachu jaki przepełnia Amelie za każdym razem gdy widzi Jaspera, a jednak ten nie daje za wygraną. Boi się, lecz chce przekonać samego siebie, że potrafi opanować się w jej obecności. Pod koniec rozdziału oficjalnie przedstawia się dziewczynie.
***
- Jak się dziś spało? - usłyszałam ciepły głos Nikki, która właśnie przeciągała się w swoim łóżku umiejscowionym pod ścianą na końcu pokoju. Zmrużyłam lekko oczy i ze smutną miną spuściłam głowę na dół wbijając wzrok w malowniczą pościel podobną do charakteru jej właścicielki. Na mojej twarzy malował się ból, a zarazem troska. Nastała chwila ciszy, która przygnębiła lekko klimat pokoju. Jedyne wesołe nuty, jakie przebijały się do wnętrza pokoju, to przebłyski porannego słońca przeciskające się przez szare chmury oraz ćwierkające wesoło ptaki. Dziś nic nie zapowiadało niepogody. Świadczył o tym również ten wesoły ćwierkot. Nikki przyglądała mi się uważnie, z dość nie tęgą miną. Westchnęłam głośno i odwróciłam głowę w odwrotną stronę do dziewczyny.
- Chyba nie masz mi za złe...? - Nikki zakończyła ciszę tym drążącym pytaniem.
- Ja... nie. - skończyłam szybko temat nie chcąc dalej w niego wpijać. Wstałam z łóżka i udałam się do najbliższej łazienki. Przemyłam twarz i chwyciłam za ręcznik. Po zamknięciu powiek ujrzałam obraz, który chodził za mną całą noc. Zmusiłam się do zostawienia tego biedaka na pastwę losu. Co się z nim stało? - myśl owa zaprzątała mój umysł. Nie radziłam sobie z tym.
- Mel... Przepraszam - głos dziewczyny wydobył się zza zamkniętych drzwi. Uniosłam głowę i spojrzałam na nie, zastanawiając się czy czasem tu nie weszła. Powili zaczynałam wariować. Teraz wiem, że w Forks mogę się wszystkiego spodziewać.
Po kilku minutach wyszłam odświeżona z łazienki. Nikki zapewne wróciła do pokoju, bo tu w okolicy jej nie było. Postanowiłam zrobić tak samo. W końcu musiałam jej podziękować za gościnę i... czułam, że muszę się czegoś dowiedzieć. Podążyłam w stronę drzwi od pokoju. Oparłam się ramieniem o framugę, a dłonią chwyciłam ją, tak jakbym miała upaść zaraz na podłogę. Byłam blada. Nikki akurat ścieliła łóżka. Rozejrzała się po podłodze w poszukiwaniu guzika od kołdry, który musiał odpaść w nocy od pościeli. W tym samym momencie zauważyła moją osobę, przyglądającą się jej z rozklekotaniem. Mój wygląd mówił sam za siebie "Porozmawiaj ze mną". Dziewczyna zrobiła przejętą minę i podeszła do mnie. Czule się uśmiechnęła, po czym spytała.
- Czy coś się stało? - zamknęłam na moment oczy. Kiedy je otworzyłam ruszyłam zaraz usiąść na łóżku. Ta przyglądała się moim poczynaniom z wielkim zapytaniem. Podeszła dosiąść się obok. Lekko szturchnęła ramieniem o moje ramie, po czym entuzjastycznie ponaglała mnie do rozmowy.
- Nel... Czy Ty... Wczoraj... Co Ty wczoraj widziałaś? - ugryzłam się w język w momencie, kiedy nie mogłam się dobrze wysłowić.
- Wczoraj... - Nikki uniosła głowę w górę w celu przypomnienia sobie wczorajszych wydarzeń. - Wiem, że dwóch facetów ze sobą walczyło... i... Jeden rzucił się na Ciebie... wyglądał jakby chciał Ci gardło poderżnąć, a co? - zapytała znów spoglądając na mnie.
- Ach. Nic. Pójdę już... Dziękuję za wszystko. - wstałam i wyszłam z pomieszczenia. Dziewczyna odprowadzała mnie do drzwi wzrokiem, po czym z westchnieniem znów zabrała się za ścielenie.
Weszłam do mieszkania po drodze rzucając płaszcz na szafkę w korytarzu.
- Mamo... wróciłam! - krzyknęłam wyraźnie, by uświadomić Inez, że nie musi się martwić. Jednak cisza. Zaszłam do salonu i rozejrzałam się - było tak jak zanim wyszłam. Zauważyłam jednak, że w jej gabinecie miga dioda oznajmiająca nagraną wiadomość na sekretarce. Podeszłam do urządzenia i delikatnie wcisnęłam guzik. "Kochanie, dzisiaj wrócę później. Śniadanie masz w lodówce, a obiad odgrzej sobie w mikrofali jak bym i do tego czasu się nie wyrobiła. Kocham." Pokiwałam głową - Jej jak ona ma dużo na głowie odkąd dostała tę nową pracę w banku. - Ruszyłam po schodach do swojego pokoju.
A jednak Nikki nic wczoraj nie widziała? Trochę niemożliwe.. ale jeśli rzeczywiście tak było, to czy jej powiedzieć o tym? Czy w ogóle mi uwierzy? Nie wiem... - myślałam w drodze do drzwi. Niczego nie świadoma otworzyłam je na oścież.
Ach tak. Jednym ruchem szybko odskoczyłam w tył zasłaniając z przerażenia drżące usta. Łzy znów napłynęły do moich oczu. Modliłam się o to, by ta historia wreszcie się skończyła.. ale coś w duszy mówiło, że to dopiero początek. Stałam nieruchomo wpatrując się w jeden punkt w moim pokoju - łóżko. Dlaczego? Proste. Jasper - wampir, który wczoraj mnie zaatakował nadal znajdywał się w pokoju. Resztkami sił starał się podeprzeć ręką o łóżko, lecz nie był w stanie wstać na proste nogi. Stanęłam krok do tyłu, by w razie potrzeby móc szybko uciec. Na moje nieszczęście, jakaś belka od podłogi głośno zatrzeszczała. Oj nie. Nabrałam powietrza do płuc czekając z przerażeniem, co się teraz wydarzy. Chłopak oczywiście musiał to usłyszeć, spojrzał na mnie i szybkim ruchem padł plecami na łóżko zasłaniając twarz ręką wystawiając ją daleko przed siebie, jak by chciał, bym na niego nie patrzyła. Nie potrafiłam. Ujrzałam, że znów obnażył swoje kły cicho, lecz znacząco dysząc. Bałam się niemiłosiernie, ale wiedziałam, że muszę coś zrobić. Bardzo powoli, by go nie wystraszyć zaczęłam iść przed siebie. Nie widział tego.. Podeszłam jak najbliżej mogłam i dotknęłam jego ramienia jak najdelikatniej potrafiłam. Odepchnął mnie silnie wystawioną ręką i coraz głośniej dysząc patrzył się w głąb moich oczu. Wyglądał jak ranne zwierzę, które nie potrafiłoby sobie samo dać rady, a wystawione byłoby na atak innego.
- Spokojnie. - powiedziałam cicho, mając nadzieję, że słowo otuchy w czymś pomoże.
- Jestem spokojny. - odgryzł się szybko. - Jednak widząc Cię, szaleję. - wplótł dłonie we włosy i przylgnął twarzą do pościeli. Po chwili ciszy usłyszałam paniczny śmiech. - Wiem! Wiem, co zrobię...! - unosząc głowę cieszył się z jakiegoś swojego pomysłu. - Zabiję... - dokończył zdanie, po czym gwałtownym ruchem rzucił się na mnie. Nie wiem skąd nagle w nim tyle sił, ale był wolniejszy niż wcześniej, więc udało mi się jakimś cudem odskoczyć w bok upadając na podłogę. - Nie! - wtrącił zaraz znów łapiąc się za głowę. - Tak nie. - to wyglądało jak gra umysłów. Jak by miał w sobie drugą osobowość, coś jak rozdwojenie jaźni. Ciągła zmiana nastrojów. Widać było, że nie radzi sobie z tym. - Uciekaj! - krzyknął i spojrzał się na mnie groźnie.
- C... co?
- Uciekaj, albo zabiję Cię z własnej woli!!! - krzyknął. Wystraszona wzięłam nogi za pas. Tak nie można. Co to za świr. - wybiegłam na podwórko i zawahałam się chcąc iść do Nikki. Przecież, co ona sobie pomyśli, jak jej powiem, że ten gość nadal był u mnie w domu. Usłyszałam w pewny momencie jakieś niezidentyfikowane odgłosy dochodzące z mojego pokoju. Podbiegłam do ściany budynku i schowałam się za rogiem. W oknie stał oparty o jego ramę Jasper, który pod wpływem jakby zakołysania się w głowie wypadł z niego. Z przerażeniem przyglądałam się temu przedstawieniu. Będę mieć trupa pod oknem? - pomyślałam i automatycznie chciałam ruszyć kroku do ciała. Jednak zauważyłam, że chłopak się poruszył. Ledwo stanął o własnych siłach i z niezmiernym trudem zaczął kierować się w stronę lasu. Przeżył taki upadek? - byłam zszokowana. Podeszłam pod okno Nikki i zaczęłam ją nawoływać. Kiedy wyjrzała, poprosiłam grzecznie czy mogłaby na moment zejść i porozmawiać.
- Co wiesz o wampirach...? - zapytałam u siebie w domu przy szklance zimnej wody. Świadoma tego, że dziewczyna czyta dużo książek, więc wie o takich rzeczach miałam nadzieję, że pomoże mi jakoś dowiedzieć się samej czegoś więcej.
- A co to za pytanie. - zaśmiała się po upiciu łyku wody. Faktycznie. Wyskoczyłam z tym pytaniem jak Filip z Konopi. Jeszcze by sobie coś pomyślała.. Całe szczęście w tym momencie nie była tak błyskotliwa jak zawsze.
- A tak tylko.. Właśnie obejrzałam taki fajny film i...
- Dobra, dobra. Już - powtórnie się zaśmiała - No, więc. Wiem, że są z natury blade i sine zarazem. Mają zimną skórę, jak by już dawno nie żyły, a jednak jak na złość wcale tak nie jest, bo są nieśmiertelne. - puściła w tym momencie oczko - Ich znakiem rozpoznawczym są wampirze kły... Ach. I najważniejsze żywią się krwią. - po tych słowach automatycznie położyłam dłoń na lewej stronie szyi. O Boże! - krzyknęłam w duchu. Przełknęłam głośniej ślinę i rzuciłam się do szafki z ubraniami. Wyciągnęłam jakiś zwiewny biały szaliczek i owinęłam sobie szyję.
- A Ty, co... - Nikki uniosła jedną brew i ze zdziwieniem patrzyła na mnie jak na wariatkę. Miałam jedynie szczęście, że wcześniej tego nie zauważyła.
- Chłodno się zrobiło. - uśmiechnęłam się głupio i wróciłam na miejsce. Dziewczyna niepostrzeżenie złapała moją dłoń.
- Faktycznie chłodna. - moja tendencja do zimnych rąk uratowała mi życie. I jeszcze to - wampiry są nieśmiertelne. To wyjaśnia, dlaczego Jasper bez urazu spadł na ziemię z takiej wysokości... Normalnie to by już nie żył. A tu proszę...
- Muszę coś Ci powiedzieć. - dziewczyna wyrwała mnie z objęcia głębokich myśli. - Chciałabym dowiedzieć się, kim był ten szatyn. - uśmiechnęłam się.
- Taak. Był przystojny.. - dodałam jej otuchy widząc, że rumieni się od takich zwierzeń. - Zapewne mieszka tu, w Forks, więc to nie powinno być dość trudne do zrealizowania. - Nikki prychnęła i stanęła na nogi.
- Dobra. Zbieram się.. zaraz obiad mam - pomachała na pożegnanie i wyszła z pokoju. Ja sama podeszłam do okna i zaczęłam wpatrywać się w głąb lasu. Liście szumiały od wiatru, który od czasu do czasu zrywał niektóre z nich pod wpływem swojej siły. Ten widok przypominał mi ową sytuację z wczoraj. Silny, porywczy Jasper mógłby z łatwością zerwać mój liść z drogi życia jednym gestem. Westchnęłam i po upojeniu się wilgotnym wietrzykiem miałam już odejść od okna, coś jednak przykuło moją uwagę. Daleko, daleko w głębi konarów drzew zauważyłam postać stojącą na jednej z gałęzi, wyraźnie patrzącą się w moją stronę. Ten dreszcz. Czyżby znowu on? Gwałtownie trzasnęłam okiennicami, by uwolnić się od natrętnych myśli. Czy powinnam się przeprowadzić? - to pytanie...
- Kochanie! Wróciłam! - usłyszałam nagle głos Inez z dołu. Eh. Na okrągło ktoś wytrąca mnie z moich myśli. Zeszłam szybko po schodach na dół wieszając się na ramionach matki.
- Jak tam poranek minął? - zapytała z matczynym uśmiechem. Zmuszona byłam skłamać.
- Jak zawsze dobrze. - odwzajemniłam uśmiech. Inez po odwieszeniu kurtki ruszyła do kuchni.
- Amelio. Nie zjadłaś nawet śniadania? - srogim głosem zapytała dogłębnie oglądając półki lodówki.
- Nie byłam głodna..
- A więc teraz musisz być bardzo głodna i nie ma żadnych wymówek. Odgrzeję obiad. - kobieta wyjęła z lodówki tacę z jakąś potrawą. Nie miałam sił się przeciwstawić. Zjadłam obiad i wróciłam do pokoju posiedzieć chwile na komputerze. Otworzyłam stronę szkoły w Forks i zaczęłam czytać. Zajęło mi to czas do wieczora. Kiedy się już ściemniło na dworze zeszłam na dół sprawdzić jak Inez sobie radzi. Wyjmując z lodówki butelkę z wodą spojrzałam do jej gabinetu kątem oka.
- Mel, wyniesiesz śmieci? - zapytała nie odrywając się od papierkowej roboty - I nie pij z butelki! Ile razy mam Ci to powtarzać... - skrzywiłam się i odłożyłam na miejsce wodę po napiciu się. Chwyciłam za worek ze śmieciami leżący przed drzwiami przedpokoju i wyszłam tachając go za sobą. Wrzuciłam go do kosza na śmieci stojącego przy bramie wjazdowej do naszych posiadłości. Otrzepałam ręce i uśmiechnęłam się do siebie.. - za dobrze wykonaną robotę - Heh. Nienawidzę robić takich rzeczy. Zaszumiał wiatr rozwiewając moje włosy. Przez chwilę poczułam czyjąś obecność. Wydawało mi się, że ktoś stoi za moimi plecami i zbliża się... Szybko obróciłam się na pięcie mając nadzieję, że zdążę sprawdzić któż to taki. Niestety, za mną nikogo nie było. Odetchnęłam z ulgą i wróciłam do domu. Usiadłam na parapecie. Chyba zaczynam powoli wariować - pokiwałam głową i spojrzałam znów za okno.
Koło 23 udałam się do łóżka. Ale jedno muszę przyznać. Jasper był przystojny. Lecz nie ukrywam, że bliższej znajomości nie chcę przeżyć. Przeraża mnie i to jest dobry powód by mieć wstręt do niego. Brr.. No nic. Muszę spać. Jutro pierwszy dzień w nowej szkole.
Rano o 6 obudził mnie budzik wrzeszczący na cały pokój. Niestety. Dziś Inez nie dałaby rady odwieść nas do szkoły. Oględziny zapowiadały się na 10 rano. Około 7 musiałam wyjść z domu by zdążyć piechotą dojść do budynku edukacji w Forks. Przyszykowałam się i o wyznaczonej godzinie spotkałam z Nikki pod bramą wjazdową.
- Hej. Jak się czujesz? - zapytała dziewczyna witając się. - Chora? - dodała śledczo spoglądając z lekko przekrzywioną głową na szalik okalający moją szyję.
- Em... To jest. Nie. Potem go zdejmę. Wiesz... to ozdoba. - zaczęłam szukać jakiegoś dobrego wykrętu.
- Achaa... - troszkę mi niedowierzała, lecz zakończyła ten temat. O 10 byłyśmy już pod szkołą. Zabawny był jej widok. To nawet jak szkoła nie wyglądało.
Rozegrało się to troszkę inaczej niż w polskich szkołach. Tutaj była pierwsza lekcja rozpoznawcza. Pokazano nowym sale i stołówkę. Po godzinie zaczęły odbywać się normalne lekcje. Nikki zapoznała się z kilkoma osobami, z którymi wkręciła mnie w rozmowy. Przeżyłam język obcy i biologię. Następnie udałam się na w-f... gdzie kilku chłopaków za wszelką cenę starało się ze mną poznać. Później w planie miałam pójście na lunch, ale rozmyśliłam się. Przez ten czas stałam na dworze i próbowałam dodzwonić się do matki. Na darmo. Nie miała czasu przyjechać i zmuszona byłam na powrót piechotą. Kolejną lekcją, jaka zapowiadała się na tą godzinę była matematyka. Kiedy zadzwonił dzwonek udałam się do klasy.
- Proszę pozajmować dogodne miejsca. - po wejściu do klasy zauważyłam ciemnoskórego mężczyznę z siwymi włosami i okularami osadzonymi nisko na nosie. - Ach. Panna Wood. Proszę do mnie. - usłyszałam zaraz za sobą jego głos, kiedy odeszłam od biurka chcąc zająć miejsce pod oknem.
- Tak? - zaczęłam udawać lekko wystraszoną jego tonem uczennicę...
- Mogłabyś zanieść ten dokumencik do pani sekretarki?
- Oczywiście. - przytaknęłam i przejęłam kartkę. Udałam się do biura, które było na końcu szkoły. W ten sposób ominęła mnie lekcja matematyki w szybkim tempie. Wytrwałam do końca lekcji. Po szkole spotkałam się z Nikki na boisku. Obie zniesmaczone faktem piechoty westchnęłyśmy przez siebie. Po chwili poczułam dotknięcie czyjejś dłoni mojego ramienia. O nie. Tu w szkole? - zapytałam w duchu sama siebie, po czym wolno się odwróciłam.
- Hej. Tayler jestem - chłopak uśmiechnął się i zaproponował, że odwiezie nas do domu. Zgodziłyśmy się dość szybko. Myśli o powrocie do domu z buta rozwiały się niczym kurz.
- Ładna pogoda, prawda? - odezwał się pierwszy zerkając z uśmiechem na tylnie siedzenia. Nikki zamyślona wlepiała wzrok na widoki mijanych drzew i domków.
- Tak, ładna. - odparłam po chwili namysłu. Tayler zastanowił się nad tym, co powiedział. Chyba przeszło mu na myśl, że to przez niego mamy dziwny humor. Ale nie. To nie jego wina. Rozmyślałam właśnie o tym, czy jestem wystarczająco bezpieczna w swoim domu. W szkole czułam się bezpiecznie. Teraz przeszywa mnie strach.
- Ale jutro zapowiadali niepogodę. - sprostował szybko, jakby to miało naprawić jego błąd.
- Mhm... to dobrze. - odparłam bez namysłu spławiając chłopaka. Nastała cisza.
- Dlaczego na pieszo macie zamiar chodzić taki kawał?
- Nie mamy... - odezwałam się sucho
- A...
- Nasi rodzice będą nas podwozić - Nikki dodała wciąż patrząc przez okno. I na tym rozmowa się zakończyła. Resztę drogi jechaliśmy w ciszy
~
- Zostaw mnie w spokoju.
- Dobrze wiesz, że nie możesz tego tak zostawić.
- Mało mnie to interesuje
- Zauważyłem, lecz musisz coś z tym zrobić.
- Ja Szaleję!! Nie zauważyłeś jeszcze tego?! Wystarczyłoby jedno zbliżenie, a bez wątpienia nie opamiętałbym się.
- Jasper. Zostawiłeś Alice, by czuć się wolnym. A jak jest.. Jak się czujesz?
- Związany łańcuchami od stóp po głowę. Jednak... tylko w umyśle.
- Dlaczego tak jest. Myślałeś o tym?
- Bo... ... ...Zakochałem się? - blond chłopak spojrzał znacząco na Edwarda. Ten umilnie uśmiechnął się.
- Właśnie.
- To tak wygląda prawdziwa miłość? Na chęci zabicia?
- Nie.... eh. Zobaczymy, co da się zrobić. Ach. Skorzystaj z mocy - szatyn mrugnął do brata i uśmiechnął się czule
~
Po powrocie do domu ułożyłam głowę do poduszki i zasnęłam.
Dzisiejszy dzień zapowiadał się równie męcząco, co wczorajszy. Jednakże znów opuściłam lekcję matematyki, a na lunch poszłam raptem na 5min, by zdeklarować, Nikki, iż dzisiaj moja mama nas odwozi do domu.
Dopiero dzień później miało wydarzyć się coś, co dogłębnie zmieni mój stosunek chodzenia na lekcje. Pan Sasha Szeremietiew przeprosił mnie łagodnie za utrudnienia w celu opuszczania jego - jak to on określił "najważniejszych lekcji" - i jeszcze przed dzwonkiem zaproponował wolne miejsce pod oknem jakie wcześniej miałam zamiar zająć. Oznajmił, że zaklepał specjalnie dla mnie.
- A czy będę siedzieć sama?
- Oczywiście, że nie. Będziesz miała towarzysza. - wykorzystana przez niego forma męska wyrazu oznaczała, że moim sąsiadem będzie jakiś chłopak.
- Usiądź proszę, zaraz zadzwoni dzwonek. - dodał po chwili z tym swoim rosyjskim akcentem. Co za zrządzenie losu, że był on Rosjaninem, a skórę miał śniadą. Ruszyłam przed siebie żwawym krokiem. Po chwili jednak zatrzymałam się i obróciłam wolno na pięcie.
- A dlaczego tak dobre miejsce jest wolne? - spytałam z zaciekłością. Pan Szeremietiew rozejrzał się na około w celu oględzin czy nie ma owego ucznia jeszcze w klasie, po czym podszedł do mnie i szepnął na ucho.
- Nikt nie chce z nim siedzieć. Mówią o nim, że jest jakiś... dziwny. - uniosłam jedną brew. Wiem, że ludzie w Forks są inni, ale czy da się być jeszcze gorszym? Nie sądzę. Skoro, dla nich normalność to ogół mieszkańców, to, jakich wytykają od dziwnych? Byłam ciekawa, więc zajęłam miejsce i czekałam z zniecierpliwieniem.
Oh. To nie możliwe... W drzwiach ukazała się jego sylwetka. Chodziłam na lekcję matematyki z wampirem!!! Straszne. Spuściłam głowę, by w jakimś stopniu ukryć twarz za włosami. Po krótkim czasie owiał moje ciało zimny chłód. Ach tak. Mój partner właśnie dosiadł się do ławki. Byłam ciekawa, kto to, dlatego gdy tylko usiadł na miejscu, a ja usłyszałam jak przysuwa krzesełko spojrzałam na niego. Wtedy to już nie mogłam. Zaczęłam drżeć. Kazano usiąść mi w jednej ławce z wampirem. Tak, tak. Teraz już wiem, czemu nikt nie chciał z nim siedzieć. Jasper budzi grozę nawet w klasie. Patrzyłam nań z bólem i strachem za razem. Blondyn najwyraźniej nie zauważył, że ktoś zajął miejsce obok. Nieobecnym wzrokiem błądził gdzieś po tablicy. Wpatrywałam się w niego, aż wreszcie musiał to poczuć. Mrugnął raz jakby chciał się obudzić z nasłuchiwania monotonnego wykładu pana Szeremietiewa i spojrzał na mnie z zaciekawieniem, czy to rzeczywiście ja go tak mierze. Wtedy też otworzył szerzej oczy i ciężko przełknął ślinę. "Nie wyczułem wcześniej" - przeszło mu przez głowę. Patrzyliśmy sobie w oczy z przerażeniem. W pewnym momencie on odwrócił głowę na wprost, zamknął oczy i wrednie uśmiechnął.
- Ciekawe, po co Ci ten szalik.. - momentalnie złapałam się za szyję. Jasper znów zwrócił oczy na mnie i nadal z tym swoim pewnym uśmiechem udawał jak oblizuje się po wargach. Zaczęłam piszczeć ze strachu robiąc z siebie ostatnią idiotkę. Chłopak znów jak by obudzony z transu rzucił się ze strachu na podłogę spadając z krzesła. Zaczął szybciej oddychać.. Ja piszczałam i płakałam za razem. Tak mocno się bałam, że nie potrafiłam opanować uczuć. W jednej chwili poczułam spokój. Jakby coś miłego ukoiło moje nerwy, mój strach. Nie czułam potrzeby histerii. Jasper usiadł na miejsce i odetchnął.
- Chociaż tyle mogę zrobić.
- Co? - spojrzałam nań troszkę nieobecna rozmyślając nad tym, co się stało.
- Uspokoiłaś się.. Ja też.. Udawajmy, że nic się nie stało. - i słusznie. Nie miałam zamiaru się bać. Dlaczego?
Zadzwonił dzwonek na przerwę. Blondyn zerwał się z miejsca jak oparzony i odszedł od ławki kilka kroków. Po chwili zatrzymał się, jak by sobie coś przypomniał. Odwrócił się i obserwował jak pakuję książki. Kiedy to uczyniłam podniosłam wzrok i ujrzałam jego nieobecny wzrok wbity w mój plecak. Wyszłam z ławki i bez spojrzenia minęłam chłopaka. Ten jednak chwycił mnie za nadgarstek. Jego lodowata dłoń wskazywała na to, że jest ową postacią pasującą do opisów Neli.
- Czego chcesz. - zapytałam z pogardą
- Mam na imię Jasper Hale. I... Myślę, że powinienem Cię przeprosić. - zsunął z mojego ramienia plecak zarzucając sobie.
- Oh. A dlaczego tak uważasz? - Jasper zaczął w czasie drogi opowiadać, dlaczego tak się zachowuje i to, co Edward kazał mu robić, by się opanować. Nie ukrywałam strachu, jaki czuję, lecz miałam wrażenie, że coś go kontroluje. Kiedy pożegnaliśmy się, Nikki dołączyła do mnie i wróciłyśmy w spokoju do domu. W czasie drogi zastanawiałam się nad tym, co Jasper mi opowiedział. O tym, że przez zapach mojej krwi zaczyna wariować. O tym, że nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego i nie wie jak się zachować. Że szatyn, który mi pomógł.. a za razem i jemu ma na imię Edward i jest jego przyrodnim bratem. Prosił również, bym o jego tajemnicy nie mówiła nawet Nikki. Nikomu..
Historia rozgrywa się w tym samym momencie co w książce.. Są jednak różnice. Belli nigdy nie było... a Jasper porzucił Alice w celu dowartościowania swojej osoby. W czasie wakacji do miasteczka Forks w Stanie Washington wprowadzają się dwie nowe dziewczyny. Amelia i Nikki nie wiedzą jednak jak wielkie niebezpieczeństwo czyha na nie 'za rogiem'. Wampir po wyczuciu nowej krwi szaleje na punkcie jednej z dziewczyn i traci nad sobą kontrolę. Jak potoczą się dalsze losy dwóch przyjaciółek? Przeczytajcie...
Siedziałam samiuśka nad mieniącą się wodą od padającego na nią blasku księżyca. Był w pełni. Wyszłam z domu zaraz po tym, jak przestało padać. Wiecznie lało, ale nie przeszkadzało mi to, gdyż lubiłam, kiedy pada.. Panował wtedy taki melancholijny klimat, który ogarniał całą mnie. Mój umysł i moje ciało. Znajomi twierdzili, ze dziwnie się zachowuję. Nie sprzeczałam się z takimi oskarżeniami, wiedziałam bowiem o tym i nie przeszkadzało mi to. Lubiłam być inna. Oryginalna. Nawet moi rodzice od jakiegoś czasu zaczęli mnie ignorować i oddalać się ode mnie. Byłam skazana na samowystarczalność, i co z tego. Przynajmniej nikt mi nic nie kazał robić wbrew swojej woli., nikt nie wtrącał się w moje spokojne życie.
Jednak była taka jedna osoba, która rozumiała mnie bez słów i nie przeszkadzała jej moja odmienna osobowość. Znałyśmy się tak długo, że powoli i w niej zaczęłam zauważać oryginalny styl bycia. Podobało mi się to, że nie wytykała mnie palcem, a trzymała się ze mną jak byśmy były niemal rodziną, z podobnymi charakterami i codziennym, nieco różniącym się życiem od naszych rówieśników. Była to moja najlepsza przyjaciółka Nikki, z którą znałam się od 7 roku życia i mimo wzlotów i upadków "kochałam ją" jak rodzeństwo, którego zawsze pragnęłam.
Ja mam na imię Amelia, lecz wolę jak ludzie mawiają do mnie Mel. Mam 17 lat i mieszkam w Forks. Małym miasteczku w Stanie Washington. Tak. Jest tak jak myślicie. To największa melina, w jakiej do tej pory zamieszkałam, a mieszkałam w wielu miejscach. Jednak Forks nie potrafiłam do niczego porównać... Z jednej strony uwielbiałam takie miejsca. Pasjonują mnie swoim urokiem. Zielenią, która bije w oczy zaraz od przekroczenia granicy miasteczka, zwierzyną, którą da się zauważyć na każdym kroku, i klimatem, który bije na głowę inne miejsca. A jednak są też złe strony. Ludzie - ofiary, które nie potrafią żyć w przyjaźni z naturą i ich charaktery, które pod wpływem pogody były nie do zniesienia. To dlatego do tej pory nie miałam zamiaru się z nikim bliżej zaprzyjaźniać. Pokochałam to miejsce, ale nie ludzi w nim mieszkających. No. Oprócz tej, która oświetlała nawet zachmurzone niebo swoją osobą. Rzecz jasna mówię o niebie w moim umyśle, które chmurzy się zaraz po rozmowie z jakąkolwiek inną osobą. Tu nie znajdziesz nikogo interesującego. To moje zdanie. Ale dość. Nie powinnam chyba tak mówić o ludziach, których znam raptem dwa miesiące... wakacji. Nie znam jeszcze nowej szkoły i nie wiem czy chcę.
Przeprowadziłam się do Forks na początku wakacji, wraz z matką. Inez rozeszła się z moim tatą i zaraz zapragnęła zmienić miejsce zamieszkania, nie zwracając uwagi na rodzinę i znajomych. Miała nadzieję, że tu w Forks znajdzie "nową rodzinę" i znajomych. Jednak i ją zaczęło zmieniać wewnętrznie. Wyciszyła się psychicznie i uspokoiła swe znerwicowane serce. Kochałam ją taką, jaka była i jest. Żadna jej odmiana nie zmieni tego, jakim uczuciem darzyłam swą rodzoną matkę. Cieszę się, że Forks jest takie, a nie inne, że mogłam wreszcie urwać się z codzienności wcześniejszego miejsca zamieszkania w Polsce i poczuć coś nowego w tym miejscu. A jeszcze bardziej się ucieszyłam, gdy po rozmowie zaprzyjaźnionych ze sobą mam mojej najlepszej przyjaciółki i Inez, ta namówiła Nikki rodzinę do przeprowadzki z nami. Wiem, że na początku podchodzili do owego pomysłu bardzo sceptycznie, lecz z czasem po użyciu dumnych i mądrych argumentów mojej mamy, zgodzili się bez przeszkód.
To właśnie ja. A teraz siedzę nad wodą nieopodal lasu, przy którym mieszkałam. Była już noc. Rozejrzałam się po okolicy i z dala ujrzałam niewidoczny cień poruszający się po lesie. Serce zabiło szybciej. Dojrzałam, że ta osoba biegnie w moją stronę, lecz nie byłam w stanie ujrzeć postury tej postaci. Stanęłam na proste nogi i zmrużyłam oczy. Serce waliło, że w ciszy nocy słyszałam je doskonale. Zrobiłam krok do tyłu.
- Mel! Meeeel! - usłyszałam swoje imię z głębi lasu. Uspokoiłam się gdy tylko udało mi się dopasować głos osoby, do nieco piskliwego z natury głosu Nikki. Westchnęłam w duchu i ponownie spojrzałam na iskrzącą tafle wody, która przypominała lampki choinkowe, wieszane co roku na Boże Narodzenie. Dziewczyna podbiegła do mnie, oparła dłoń na bliższym siebie ramieniu mojej osoby i pochyliła, opierając o dolne kończyny. Zdyszanym głosem oznajmiła, że moja mama przesiaduje u niej w domu i zaproszona zostałam na kolację. Puściłam jednak te słowa mimo uszu. Nie lubię przesiadywać z dużą ilością osób przy jednym stole. Dziewczyna doskonale o tym wiedziała. Spojrzała na mnie, ja nadal skupiona na milionie iskierek mieniących się na wodzie, jedynie lekko się uśmiechnęłam. Nikki miała zdziwiony wyraz twarzy i szczerze nie musiałam się na nią patrzeć, by wyczuć to jak bardzo się dziwi mojemu zachowaniu. Powędrowała wzrokiem na punkt, któremu przyglądałam się od dłuższego czasu i szeroko otworzyła oczy. Z jej lekko rozwartych ust wydobył się cichy dźwięk, który oznajmiał, ze jego właścicielka jest mile zszokowana. Po chwili szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy unosząc tym samym oba policzki w górę. Cicho prychnęłam. Czując, co dziewczyna będzie chciała za moment uczynić uniosłam wzrok do góry. Nikki otworzyła usta wydobywając z siebie pierwsze sylaby zdania, które miała skierować do mnie. Zaraz jednak umilkła i również spojrzała w miejsce, na które zwróciłam swój śledczy, lecz lekko zamyślony wzrok. Jej mina po chwili zrzedła, a czoło zmarszczyło.
- Pełnia... - wymruczała i zrobiła w tył zwrot. Odeszła kilka kroków w głąb lasu tym samym zostawiając mnie tam gdzie przed 15-stoma minuty znalazła. Zatrzymała się na moment i wyrzuciła przez ramie. - Idziesz? - mi jednak uśmiech nie schodził z twarzy. - Czuję, że zdarzy się dzisiaj coś... nienormalnego. Coś, co przewyższy nasze oczekiwania w Forks. - ciągnęła dalej tym razem nie patrząc na mnie. - Chodź. Chłodno się robi. - znów ruszyła przed siebie.
- Coś się dziś wydarzy - szepnęłam sobie w duchu i szybkim krokiem popędziłam za przyjaciółką nie mogąc pozwolić oczom uwolnić się od piękna pełni, która wyglądała jak zesłanie bogów w celu oświetlenia tego miejsca w wielki dzień, który miał się dziś spełnić. Lecz nadal zagadką było, co to takiego?
Wróciłyśmy do swych domów w milczeniu. Nastała godzina 12 w nocy. Północ. Jak wcześniej dowiedziałam się z sms-ów Nikki, jej rodzice wyszli z domu w celu uczczenia przeprowadzki w to miejsce, ale jednak coś tu jest nie tak. W Forks jesteśmy już dwa miesiące, a oni dopiero teraz to świętują? - zastanawiałam się przed zaśnięciem. Oczy miałam zamknięte, gdyż ciężkie powieki nie dawały za wygraną. Kiedy powoli zasypiałam coś gwałtownie zerwało mnie z łóżka. Koszmar? Czyżbym już zasnęła?
Pisk dziewczyny rozbrzmiewający w moich uszach nadal dzwonił w najczulszych zakamarkach mego umysłu. Lecz zaraz znów to samo. Przeraźliwy pisk, który tym razem rozległ się na dworze. Przez moment nic do mnie nie docierało. Jednak zaraz w jednej sekundzie otworzyłam szerzej swe zaspane oczy. Spojrzałam na zegarek. Nadal 12 - tak jak by czas zatrzymał się w miejscu. Zaraz... ja znam ten głos – przypomniałam sobie, po czym zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do okna. Zauważyłam na podwórku Nikki w koszuli nocnej panicznie przestraszoną. Stała na środku wtulona w swe ramiona głośno dysząc. Szybkim ruchem otworzyłam na całą szerokość okno i krzyknęłam.
- Czekaj tam! Już idę! - odeszłam od okna, jednak po chwili znów do niego wróciłam. - Nie ruszaj się stamtąd! - nie zamykając za sobą okiennic rzuciłam się do wyjścia z budynku po drodze łapiąc z wieszaka w przedpokoju, stary długi czarny płaszcz, który wkładałam w chłodniejsze dni. Wybiegłam z domu przez drzwi wychodzące bezpośrednio na podwórko. Nikki znów pisnęła odwracając się w tył. Jej oczy wbite były w okno od jej pokoju. Mój wzrok jednak nie dosięgał tamtej przestrzeni, którą zasłaniało duże spróchniałe drzewo. Dziewczyna zaczęła cofać się w tył tym samym przez przypadek potykając o wystający korzeń z ziemi owego drzewa. Podbiegłam do niej ile sił w nogach i mocno chwyciłam za ramiona.
- Spójrz na mnie! - krzyknęłam, lecz ta była tak oszołomiona, nie potrafiła nawet poruszyć palcem. Trzęsła się mocno, że jej zęby trzaskały o siebie z taką siłą.. Przestraszyłam się - byleby tylko w tym momencie nie ugryzła się w język, bo to mogłoby się źle skończyć. Czułam, że ta dziewczyna ma w sobie tyle adrenaliny, że gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja, to nie byłoby po niej nawet śladu w tym miejscu.
Zdjęłam z siebie płaszcz i okryłam jej ramiona. Wtedy usłyszałam głośny jęk oznaczający kolejny przypływ strachu. Uniosła ciężko rękę wskazując znów na swoje okno. Spojrzałam na nie, lecz nic tam nie było. Jedynie powiewające lekko firanki przy każdym porywczym wietrze przez otwarte okno.
- Ciii... - szepnęłam by ta się wreszcie uspokoiła. Otarłam kilka razy jej ręce, aby ją uspokoić. Dziewczyna spuściła głowę, a oddech jej lekko się unormował. Chwyciłam ją mocno pod pachą i uniosłam w górę, by stanęła na nogi o własnych siłach. Po chwili przeszył mnie silny dreszcz, a wiatr szybszy i bardziej porywisty niż kiedykolwiek do tej pory owiał nasze włosy. Stałam przodem do Nikki. Nie byłam świadoma tego, co dzieje się za moimi plecami, a sama się przeraziłam widząc załzawione oczy przyjaciółki szeroko otwarte i wpatrujące się w punkt, który jak odczytałam z jej źrenic znajdował się bardzo blisko mnie. Spokojnie, powoli odwróciłam głowę zaglądając za siebie przez lewe ramie. Zauważyłam za sobą mężczyznę. Był to zwykły chłopak, lecz nie zwykły w swoim wyglądzie i masie. Nikki chwyciła się mnie mocno tuląc do ramienia. Odwróciłam się na pięcie stając na wprost nieznajomego. Był to przystojny szatyn. Kolor jego włosów był kasztanowy, a oczy miał złote. Jego cera blado-szara, a mięśnie - większe niż u przeciętnego licealisty - miał kurczowo napięte. Groźnie zerkał na naszą dwójkę. Wzięłam głęboki dech i szarpnęłam dziewczynę biegnąc w stronę swego domu.
- To nie... To. Nie ten... - Natalia z całej siły starała się przekazać mi jakąś znaczącą wiadomość, jednak sparaliżowana strachem nie potrafiła się wysłowić. Spojrzałam ostatni raz przez ramię. Chłopak stał jak głaz w miejscu, w którym go zostawiłyśmy. Z przymrożonymi oczami śledził nasz każdy ruch, po chwili jednak zaczął panicznie rozglądać się na około. Weszłam do budynku i zamknęłam dokładnie drzwi na każdy zamek nawet ten, który z pozoru wydawałby się zaciąć. Pociągnęłam dziewczynę za sobą do swego pokoju. Pędząc po schodach usłyszałam na podwórku wrzaski.
- Chodź Nikki. Tu będziemy bezpieczne - zwróciłam się do dziewczyny wtulonej w moje ramię czułym głosem, lecz drżenia w nim nie byłam w stanie ukryć. Poczułam, iż ta się powoli uspokaja. Weszłyśmy do pokoju i stanęłyśmy na środku...
- Zaraz - wtrąciłam i cofnęłam się by zamknąć drzwi pokojowe na zamek. Podeszłam do dziewczyny. Ta schowała twarz w dłonie i jęknęła głośno. Nie wiedziałam, co się dzieje. Wtedy poczułam jak coś łaskocze mój polik. Uniosłam głowę przenosząc wzrok z twarzy Nikki na rozpostarte okno. Firanki owiewały moja twarz pod wpływem wiatru.
- Oj. Okno. - podeszłam do niego, by zamknąć okiennice. Chwyciłam za jedna klamkę, wtedy Nikki odsłoniła twarz i krzyknęła głośno, lecz stanowczo "NIE!" - spojrzałam nań zdziwiona i po chwili znów poczułam ten dziwny dreszcz oplatający moje ciało od stop po głowę. Powoli spojrzałam na to samo miejsce. Puściłam gwałtownie klamkę od okna jak oparzona i szybko wypuściłam powietrze z płuc jak bym miała zaraz zalać się łzami. Cofnęłam się kilka kroków za siebie dopóki nie poczułam, że zaraz wejdę w przyjaciółkę. Oczy szeroko otworzyłam i głośno przełknęłam ślinę. A to wszystko dlatego, że na parapecie od mojego okna stała postać. Chwyciłam się Nikki i kurczowo jej trzymałam, ta postąpiła tak samo. Obie śledziłyśmy poczynania napastnika. Zrobił krok przed siebie, tym samym zeskakując na podłogę. Uczynił to jednak tak delikatnie i nienaturalnie swobodnie, że mimo strachu, jaki mnie przepełniał, czułam też fascynacje. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to nie ta sama osoba, co wcześniej. Ten też był płci męskiej, lecz wyglądał niczym lew. Miał jasne, prawie blond włosy... kolorem przypominające leśny złocisty miód - rozmierzwione przez porywisty wiatr. Był nieco wyższy od swego poprzednika, lecz równie umięśniony, co on. Kroczył w nasza stronę z nieziemskim podnieceniem. Czynił to wolno, jakby w ten sposób robił sobie większego smaku i dramatu przed najlepszą "zabawą". Szczegółowo śledziłam jego ruchy i przyglądałam się jego strasznej w mroku, acz anielskiej twarzy. Po chwili zauważyłam, że językiem wyraźnie oblizuje swe wargi. Przełknęłam ślinę i poczułam, jak moje ciało ogarniają dreszcze... Jednakże nie moje. Nikki pisnęła chowając głowę w mój płaszcz. Obie upadłyśmy na podłogę z głośnym hukiem. Sama zapewne bym tego nie zrobiła. Dziewczyna nie miała już siły stać na równych nogach, które trzęsły się pod nią. Zmiękłam od nacisku jej ciała i runęłam razem z nią. Blondyn był już naprawdę blisko. Już wyciągał dłonie w nasza stronę.. Jednak w ostatniej chwili został pochwycony za nadgarstki. Uniosłam głowę. Ujrzałam pochylonego nad nami poprzednika napotkanego na podwórku. Blondyn szybkim ruchem głowy spojrzał na naszego wybawcę. Usłyszałam jedynie głośne chrapniecie jakby ślina w jego gardle zawrzała. Znowu przeniosłam wzrok na napastnika, a moim oczom ukazały się dwa wystające z rzędu białych równych zębów kły, które czekały na zatopienie się w szyi którejś z nas. To nie możliwe... - przeszło owe zdanie przez moje myśli - Wampir! - wstrzymałam oddech. Szatyn kurczowo trzymał nadgarstki stworzenia, które nas zaatakowało. Obydwaj patrzyli głęboko w swe oczy, tocząc miedzy sobą jakąś ciężką wojnę. Blond chłopakowi zaczęła z nerwów drgać górna warga. Z głodnym chrapnięciem, a może raczej warknięciem - nie wiem jak to określić - niczym lew w furii spojrzał znowu na nas. Ślina pociekła po jednym z jego białych wampirzych kłów. Poczułam wilgotny chłód opadający sporadycznie na moje lewe ramie. Odwróciłam głowę w te stronę i moim oczom ukazała się blada twarz dziewczyny z załzawionymi policzkami. Mój oddech przestał być miarowy. Ze strachu zaczęłam się dusić. Szatyn spojrzał z przerażeniem na mnie, po czym ze złością cisnął go w ścianę. Po pokoju rozległ się głośny hałas. Kasłając przyglądałam się całemu przedstawieniu. To nie trwało nawet sekundy, kiedy przeciwnik zaraz po wpadnięciu na ścianę, rzucił się ponownie na nas odpychając jedną nogą od miejsca upadku. A drugi ruch nie trwał drugiej sekundy. Szatyn w nadprzyrodzony szybki sposób, pojawił się przed nami i chwycił napastnika zakładając jego ręce za plecami uniemożliwiając mu tym samym jakikolwiek atak. Z pozycji siedzącej upadłam na podłogę głośno kaszląc. Nikki pochyliła się nade mną starając jakoś uspokoić. Ona chyba sama siebie przekonywała do tego, by się nie bać. Blondyn z całej siły wyrywał się z objęcia naszego bohatera warcząc jak wilk i wyciągając jak najdalej w nasza stronę głowę, by moc jakoś dosięgnąć naszych ciał. Kiedy doszło do mnie, ze to może być już koniec, że w jakimś sensie jesteśmy już bezpieczne uspokoiłam oddech. Usiadłam trzymając dłoń na piersi. Siedziałam tyłem do obu mężczyzn. Wtedy znowu ten dreszcz. Uniosłam szybko głowę na wprost wlepiając wzrok w drzwi. Przeciwnik pochylił się i w sekundzie kopnął szatyna z nogi tak silnie, że ten o mało nie zrobił dziury w ścianie. Wolnym ruchem głowy ujął mnie swoim wzrokiem. Nie widziałam, lecz wyczułam, z jaka chęcią mierzył moja osobę... moje ciało. Poczułam, ze to się źle skończy, a tym bardziej, kiedy usłyszałam, iż szatyn nie miał siły się podnieść po opadnięciu bezwładnie na podłogę, niczym marionetka. Nie był w stanie utrzymać świadomości. Najwyraźniej był słabszy od tego drugiego.
- Amelia! - dziewczyna w pewnym momencie wykrzyknęła moje imię. Ja jedynie poczułam silny ból w plecach. Kiedy uświadomiłam sobie, co się dzieje, okazało się, że jestem przywarta do ściany całym ciężarem ciała blond chłopaka. Jedna dłonią trzymał mnie za brzuch, opierając o ścianę. W tej dłoni miał tak niewiarygodna siłę... Mimo wszystko nic mnie to nie bolało. Druga zaś odgarnął moje włosy z lewej strony szyi. Z szyderczym uśmiechem zaczął zbliżać swe usta i obnażone ostre kły do mojej skóry. Robił to wolno rozkoszując się chwilą, lecz jak dla mnie, to nie trwało nawet pół sekundy. Dla mnie czas w jednej chwili przyspieszył. Oj tak. Ujrzałam cale swe życie przed zapłakanymi oczami. Po chwili już, czułam jego zimny oddech okalający moja szyje. Patrzył prosto w me oczy. Oddychał spokojnie, tak jakby nie sprawiało mu to zadanej trudności... zadanego bólu w tym, co robi i jak się zachowuje. Z uśmiechem maniaka już prawie dotykał skory szyi. Poczułam lekki ból, który po chwili ogarnął mój umyśl, moje ciało.. całą mnie. Dwa ukłucia równomiernie oddalone od siebie.
- Jasper! Opamiętaj się! Przecież nie jesteś potworem.. Nie chcesz nim być! – wydobył się głos z ciała drugiego chłopaka, leżącego na podłodze po drugiej stronie pokoju.
- Uspokój się. Uda Ci się... - wyszeptał. Blondyn odsunął stanowczo głowę od mojej szyi. Ujrzałam na jego kłach krew. Przyglądał mi się panicznie jak by właśnie został wybudzony z głębokiego koszmaru... Patrzył na swoja ofiarę i prawdopodobnie myślał, „Dlaczego." Zaczął szybciej oddychać. Puścił mnie, po czym upadłam na podłogę. Ze strachu brakowało mi sił. Jasper chwycił się za głowę, jakby ogarnął go straszliwy ból wewnątrz. Kucnął z zaciśniętymi oczami i dłońmi wplecionymi w rozwiana bujna czuprynę.
- Co ja robię.. - szepnął do siebie. Po chwili upadł na podłogę obok mnie tym samym tracąc przytomność. Z trudem skierowałam wzrok na czołgającego się w moja strojne szatyna. Ach te powieki.. znowu odmawiały posłuszeństwa. Zamknęłam oczy. Po paru chwilach otworzyłam je i ujrzałam nad sobą chłopaka - obrońcę w jakimś sensie. Dotknął delikatnie mojej szyi i zebrał na dwóch palcach kilka kropel krwi pozostawionych jeszcze z kłów Jasper'a. Przybliżył je do swych warg i zaciągnął się jakby wdychał woń kwiatów.
- Dobrze. Całe szczęście nie zdążył jeszcze zainfekować jadu. - uśmiechnął się jakby ucieszony tym faktem, po czym dodał - Skosztował już twojej krwi. Więcej nie powinien Cię nachodzić... chyba, że... - nie dokończył, a jedynie spojrzał nań rozłożonego nieprzytomnie obok nas. - Będę musiał czegoś się dowiedzieć. - po tych słowach już go nie było. Myślę, że porostu na chwile zemdlałam...
- Mel... Amelia... - Nikki podbiegła do mnie i uniosła lekko do góry. - Chodź... dzisiaj śpisz u mnie.
- Chcesz go tak zostawić? - mimo wszystko mój głos świadczył o tym, że martwię się.
- Po tym, co Ci zrobił? Zabić! - wyrzuciła z siebie jednym tchem.
- Ale ja tak nie mogę... - kucnęłam przy chłopaku, po czym odgarnęłam jego grzywkę opadająca na oczy. - Ty nie widziałaś jego wzroku, kiedy przestał to robić... wiesz, o czym mowie...
- Może i nie, ale to nie znaczy, że zaraz musisz mu przebaczyć
- Znasz mnie. - odparłam sucho nawet nie odwracając głowy, w stronę przyjaciółki - Nie słyszałaś słów, które wypowiedział po upuszczeniu mnie na ziemie...
- Nie musiałam. - Nikki nie miała zamiaru dłużej czekać. Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Zasnęłam u niej spokojnie... Byłam bardzo zmęczona. Jednakże w mej głowie szalało tornado rozwścieczonych myśli. Wieczne pytania bez odpowiedzi będą teraz zaprzątać mój umysł...